Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rap. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rap. Pokaż wszystkie posty

4 grudnia 2010

Tusz Na Rękach & Voskovy - Get Fejm Or Die Tryin



Wykonawca: Tusz Na Rękach & Voskovy

Tytuł: Get Fejm Or Die Tryin

Format: 1LP, 33 RPM

Wytwórnia: Gruby Kot Records

Rok Wydania: 2010

Gatunek: Hip Hop

Strona A:

1. Krejzi

2. Jestem Słaby

3. Cudowne lata 90te

4. Blask

5. Przystanek Ziemia

6. Wstyd

Strona B:

1. Notorycznie feat. Shay

2. Nasze Sny feat. Manolis Manoli

3. Przez Ciernie do gwiazd rmx feat. Touch Of Cas

4. Chcę być wolny

5. Tusz na wosku

6. Podróż do wnętrza siebie feat. Manolis Manoli

7. Get fejm or die tryin'

Niezwiązany w żadnym stopniu z powyższymi muzykami, tym bardziej z osobami odpowiedzialnymi za promocję owego albumu, oficjalnie ogłaszam, że „Get fejm or die tryin” zniszczył konkurencję w wyścigu o przykucie mojej uwagi wśród podziemia rapowego w Polsce w roku 2010. Tusz Na Rekach to szczerość, styl, emocje, technika, dystans, manifest, autentyczność, doświadczenie, mądrość. Voskovy – wyważenie proporcji, wrażliwość, melodyjność, vibe, nostalgia, energia, dynamika, konsekwentność.

Tusz Na Rękach, niegdyś Pryzmat, Kielczanin, obecnie studiujący produkcje muzyczną w Preston, dogadał się z duetem producenckim z Bolesławca, ochrzczonymi jako Voskovy (czyt. Woskowi). W rezultacie otrzymaliśmy 13 niezwykle udanych, równych i dopracowanych kompozycji, spośród których nie sposób wyłonić faworyta. Tusz zahacza o lata swej młodości („Cudowne lata 90te”, „Wstyd”, „Podróż do wnętrza siebie”), trzeźwo komentuję zgubne trendy w hip hopie i w wielkim stylu odcina się od nich(„Chce być wolny”, „Tusz na wosku”) oraz emanuje nadzieją i wiarą w słuszność swoich wyborów („ Notorycznie”, „Get fejm or die tryin”). Produkcja nasuwa najlepsze skojarzenia fanom złotej ery w rapie, tęskniącym za samplowanym, grubym i bujającym brzmieniem. Klasyczne (co bardzo ważne - nienarzucające się i odpowiednio umiejscowione) cuty i skrecze są zasługą Qmaka.

Winyl, tłoczony w UK, w cenie 37 PLN możecie dorwać w m.in. asfaltowym sklepie, Fanie (www.fan.pl), sideone.pl oraz na grubykot.com. Oprawa graficzna nie powala, jednak biorąc pod uwagę zawartość (13 tracków na 1 LP!) warto pozbyć się czterech dyszek w zamian za „Get fejm…”. Gorąco zachęcam!

25 stycznia 2010

Run-D.M.C. - Run-D.M.C.


Artysta: Run-D.M.C.
Tytuł: Run-D.M.C.
Format: Lp
Rok wydania: 1984
Wytwórnia: Profile Records
Gatunek: Old School Rap

Strona A
1 Hard Times
2 Rock Box
3 Jam-Master Jay
4 Hollis Crew (Krush-Groove 2)
5 Sucker M.C.'s (Krush-Groove 1)

Strona B
1 It's Like That
2 Wake Up
3 30 Days
4 Jay's Game



O Run-D.M.C. i ich wkładzie w rozwój całej kultury hiphopowej napisano naprawdę dużo. Dwóch MCs plus Dj, z zupełnie nową techniką nawijania puszcza pierwszy singiel w 1983 zwiastując długogrający album – „dwunastka” z „It’s Like That” i „Sucker MCs” narobiła sporo szumu na ulicach nie tylko Queens skąd owe Trio pochodzi. W roku 1984 wychodzi „pełnometrażowy” debiut self-title, płyta która stała się pieprzonym klasykiem po dziś dzień. Od razu w uszy „rzucają się” zamiłowania Darryla i Joe do gitarowych dźwięków, i na moje ucho „Rock Box” jest majstersztykiem, którym jaram się jak gówniarz nawet po tysiącach odsłuchów! O ile wspomniane „Rock Box” ma rozbudowaną sekwencję sampli, tak większość to „chłodne” i surowe brzmienie charakterystycznych drumsów z automatów perkusyjnych i krótkich ciętych „hitów” (producenci wiedzą ocb). Linia perkusji w „Hollis Crew” mnie rozpieprza (zresztą w tym kawałku jest sama perkusja), i te charakterystyczne „clapy”, podobnie sprawa ma się w „Sucker MCs”. Tu nie ma słabego jointa, no może z wyjątkiem „Wake Up”, które mnie drażni, brzmi mało „poważnie” – chyba przez te „cymbalsy” przeplatane z bębnami. „It’s Like That” – klasyczne old schoolwe gówno, które niszczy moje odsłuchy, zostało ładnie spieprzone w latach 90tych tym słynnym disco remixem, w ogóle nie umywającym się do oryginału, ale miało być klubowo więc jest. A na koniec płyty dostajemy chyba pierwszy zarejestrowany solo-kawałek Dj’a na płycie długogrającej - "Jay's Game". Paaanie jak ja się tym jarałem!! Tym trzeba się jarać, trzeba mieć zajawkę, bo już słyszałem parę głosów od młodszych słuchaczy, którzy napaleni opowiastkami o Old Schoolu i Run DMC trochę się przeliczyli. Co nie zmienia faktu że od tego albumu zaczęło się wiele karier i nie tylko Run-D.M.C. Klasyk w ch*j!



27 listopada 2009

Metro / Wildchild / DJ Romes - Black Opps Mission




Artysta: Metro
Tytuł: Black Opps Mission feat. Wildchild & DJ Romes
Format: singiel (7''), 45 RPM
Rok wydania: 2009
Wytwórnia: Queen Size Records
Gatunek: Hip Hop

Strona A
Version A
Bonus Beat

Strona B
Version B
Bonus Beat

W którymś z pierwszych wywiadów po ukazaniu się "Antidotum" Metro jako swoją ulubioną płytę wskazał "Da Antidote" Lootpacka. Dlatego tak sobie myślę, że robienie wspólnych kawałków z 2/3 (sami sobie odmieńcie - przyp. red.) tego kalifornijskiego składu musi sprawiać kupę frajdy producentowi z Brzegu. A jeszcze więcej - pchanie tych numerów na woski...

I oto jest kolejny oxnardowo-brzeski numer. Metro znowu precyzyjnie pociął sample, tylko że tym razem samplował chyba dzwony kościelne, ewentualnie buddyjski gong, który hipnotyzuje cię, gdy wsłuchujesz się w bit. Wildchild zarapował swoim nie-przez-wszystkich-lubianym flow truskulową zwrotkę, którą jednak przyćmiły wyczyny kolegi od adapterów. Romes robi ruchy ręką i mistrzowsko (mistrzowsko) wycina tu trzy bardzo ważne dla tej serii siódemek słowa: underground, rap, scene.
Po drugiej stronie placka leży druga wersja kawałka - surowsza i znacznie bardziej dynamiczna. Wyraźnie słychać jak bardzo offbeat pana z Kaliforni jest "off", ale uwagę od tych niedoskonałości odwracają dzikie bębny. Naprawdę dzikie hiphopowe bębny.

Chociaż najnowszej odsłonie tej siódemkowej serii nie towarzyszy zaskoczenie, którego dostarczył nam pierwszy singiel i chociaż Wildchild to nie Guilty Simpson, to są powody do zadowolenia. Po niespełna pół roku do naszych rąk trafia drugie wydawnictwo od QueenSize/Metro - kolejna porcja dobrych polskich bitów, kolejny raz estetycznie zapakowana w kozacką okładkę i kolejny raz w klasycznej hiphopowej formie - MC, DJ i producent. Pozostajemy pozytywnie nastrojeni.

7 października 2009

The Roots - How I Got Over



Zespół: The Roots
Tytuł: How I Got Over
Format: 12", 33rpm
Wytwórnia: Def Jam
Rok: 2009
Gatunek: Żywy Hip Hop O Czymś

Strona A
1. Clean
2. Dirty
3. Instrumental

Strona B
grawer

Kolejny dowód na potwierdzenie tego, że zwykle nie kupuję singli... Mhm, ale najlepszemu (obiektywnie) bandowi świata nie wypada odmawiać. Przynajmniej zbyt często. Od premiery ostatniego długogrającego krążka upłynął ledwo rok, a już odmierzamy czas do ukazania się "How I Got Over" i denerwujemy się, że ciągle konkretna data nie została potwierdzona oficjalnie. No przynajmniej ja się wkurzam.
Współczesny mainstream ma to do siebie, że nie można od niego wymagać zbyt wiele, bo go to przerasta, zamyka się w sobie i w konsekwencji zamiast petard, bomb i dynamitów dostajemy "eeee, są dwa fajne numery". Tak jest z... siedmioma nowymi albumami na dziesięć. W pozostałej, czystej i niezbrukanej trójce zawsze znajdzie się nowa płyta Rootsów. Mają choćby jeden słaby longplay na koncie? Nie, więc wszystko wskazuje na to, że w tym (zamknijmy oczy i zaciśnijmy kciuki) roku dostaniemy kolejną świetną produkcję od chłopaków z Filadelfii.
Mam mocny argument - pierwszy singiel zatytułowany tak samo, jak cały album. Ów argument zbudowany jest w następujący sposób. Dynamiczne bębny, za które odpowiada najfajniejszy gość z afro na świecie (obiektywnie); dalej - delikatna, melodyjna partia klawiszy; dosadny, ale krzepiący refren w wykonaniu Dice Rawa i jak-zwykle-trafne zwrotki mojego ulubieńca - Black Thoughta. A zwrotki są nie tylko zarapowane... Tariq, chyba pierwszy raz od czasu "Silent treatment", śpiewa na płycie i robi to dobrze. Brzmi, jak cholernie mocny argument, prawda?
Wyszedł chłopakom przesympatyczny numer z gatunku tych podnoszących na duchu. Jeśli życie cię dołuje, a serce pęka ze zmęczenia zmaganiem się z przeciwnościami - to jest numer dla ciebie. Jeśli jesteś estetą na stronie b znajdziesz wygrawerowane postacie muzyków. Możesz być także, jak ja, fanem dobrej muzyki i ładnych rzeczy, na które najczęściej cię nie stać i cieszyć się, że masz ten singiel w kolekcji.

Ladies & gentlemen, please welcome to the stage The Legen-, wait for it, -dary Roots Crew!


27 sierpnia 2009

M.O.P - Ante Up Remix/Cold As Ice



Zespół: M.O.P (Mash Out Posse)
Tytuł: Ante Up Remix / Cold As Ice
Format: singiel (12''), 45 RPM
Rok wydania: 2001
Wytwórnia: Loud Records / Epic Records
Gatunek: Hip-Hop

Strona A
A1 Cold As Ice (explicit)
A2 Cold As Ice (intstrumental)

Strona B
B1 Ante Up Remix (f. Busta Rhymes, Tephlon, Remy Martin)
B2 Stress Ya'll (explicit)

Hip-hopowym głowom z Polski nie brakuje w ostatnim czasie roboty. Nie opadły jeszcze emocje po Kempie i festiwalu Coke Live Music, a wielkimi krokami zbliża się kolejna okazja do wspólnego świętowania. Rzecz jasna, mowa tu o darmowych koncertach legend – Jeru i M.O.P zagrają 5 września na łódzkiej ziemi. Obecność obowiązkowa dla wszystkich fanów rapu na najwyższym poziomie.

M.O.P to wbrew pozorom nie jest dla mnie skrót od Międzynarodowej Organizacji Pracy. M.O.P dla fana hip-hop’u to duet z Nowego Jorku, którego muzyka jest szorstka i brudna. Rap uliczny – najkrótszy opis tego co robi Billy Danze i Lil' Fame. Nie polecam tej marki na randkę z panną czy na prezent dla młodszej kuzynki. Od 1992 roku chłopaki robią swoje, nie tracąc jaj i nie idąc na kompromisy. Prawdziwości im nie odmówisz, salutuj!

Na pewno w repertuarze M.O.P nie zabraknie tych dwóch utworów, gdyż są to bez zbędnych sporów dwa największe klasyki ze strony Slap’a i William’a. Usłyszeć "Ante Up" na żywo? Bezcenne. Klasyczny sztos wyprodukowany przez Doktora Perioda pomimo prawie dziesięciu lat na karku, wciąż kopie i łamie kark. Na winylku nie mamy oryginału, ale nikt z tego powodu nie ma zamiaru płakać, gdyż remix także jest za***isty. Jakby mogłoby być inaczej, skoro pomogły tak zacne persony? Busta Rhymes, Tephlon oraz Remy Martin gwoli ścisłości. Nie mniej za***isty jest kawałek "Cold As Ice" – obstawiam, że zagrają go na końcu. W ogóle ten klasyk to fajny przykład na to, że można mieć przebój puszczany przez radia, jednocześnie nie schodząc z wcześniej obranej drogi. Szacunek. Podkład zrobił Fizzy Womack, wykorzystując sampel z dorobku Foreigner’a, a dokładniej z numeru o tytule... "Cold As Ice". Skurw*****two na mikrofonach, hardkor w warstwie instrumentalnej. MASH OUT POSSE – to jest to!

Aha, na samym końcu jest jeszcze numer o nazwie "Stress ya’ll". Prawie o nim zapomniałem. Wy natomiast nie zapominajcie, że 5 września widzimy się w Łodzi i razem zdzieramy gardła na koncertach, bo tak naprawdę ten post to reklama.



11 sierpnia 2009

El Da Sensei & The Returners - Got Fire



Zespół: El Da Sensei & The Returners
Tytuł: Got Fire
Format: singiel (12''), 33 RPM
Rok wydania: 2008
Wytwórnia: Asfalt Records
Gatunek: Hip-Hop

Strona A
A1 Introducin' (02:51)
A2 Got Fire f. Doujah Raze (03:41)
A3 Introducin' instrumental (02:49)
A4 Got Fire instrumental (03:41)

Strona B
B1 Hard To Find (02:51)
B2 Not That Way (04:42)
B3 Hard To Find instrumental (02:51)
B4 Returners acapella mix (01:24)

Jestem ignorantem, co gorsza świadomym, więc do dziś dnia nie sprawdziłem płyty "Global Takeover", która swoją drogą zgarnia dużo propsów tu i tam (czyli gdzie? - pytają czytelnicy). Powód prosty jak przepis na tosty – nie ma wydania winylowego. CD nie kupuję, bo szkoda hajsu – a mp3 nie ściągam, bo szkoda słuchu. Nie przeszkadza mi to jednak wcale w tym, by być fanem muzyki The Returners i szanować chłopów za cudowne nagrania. Wierzę też w to, że to właśnie Little i Chwiał (Chwiał i Little) w Hradec Kralove dadzą najlepsze koncerty z polskich reprezentantów, choć na stronie nie zaznaczyli ich różowym kolorem z wiadomych przyczyn. Może to i lepiej. Oczywiście, nie zrobią tego sami, ale o tym troszkę później – cierpliwości.

Nie zgadzam się, że bębny są płaskie jak biust kulturystyki. Nie zgadzam się, że bass jest zły jak prezydent. Nie, nie i jeszcze raz nie! Zacząłem mocno tak samo jak bohaterowie w introdukcji. Bity brzmią tłusto, klasycznie – z czego samplowano w "Got Fire", cholera? Słuchając produkcji nie ma czasu na ziewanie, tylko ciężki trening karkiem wchodzi w rachubę. Producenci trzecioligowi na forach kipią nienawiścią, a podkłady naturalną świeżością, chodź pierwszy przypomina troszkę dokonania Białego Domu z kraju PL (nie napisałem tego, bo złośliwie i paradoksalnie zabrzmiało). Zaaranżowane ładnie, naładowane energią także. Aha, i jeszcze jedno: cuty obecne? Obecne! Jedziemy dalej, świat jest nasz.

Historię The Artifacts znamy, debiut cenimy. Podobnie jak "The Unusual" wydane nakładem Fat Beats Records parę lat wstecz. Jeśli El Da Sensei na koncercie będzie nawijał z taką pasją jak na winylku, to nie mamy co się bać o mistrza ceremonii, gdyż ma ogień. Nie zawiedziesz się czytelniku, jeśli szukasz prawdziwości. Nie zawiedziesz się, jeśli szukasz solidnego rapu. Znajdziesz go. Jak ktoś się nasłuchał wspominanego już "The Unusual" to może go boleć trochę, że Sensei nawijał wtedy tak samo jak teraz - na odwrót raczej. Głos wewnętrzny mówi mi, żebym już kończył, bo znów się robię złośliwy i niedobry.

Kupujcie ten winyl, który jest dostępny wszędzie. Wpadajcie na koncert promujący "Global Takeover" w Hradec Kralove. Ja tam będę, a jak chcecie, żeby ekipa MyRecordCrate wpadła tam w większym składzie niż 2-3 osoby – to głosujcie na nas tutaj. Będziemy wdzięczni i będziemy pisać ładniejsze notki (i postawimy flachę każdemu).

23 lipca 2009

Ill Bill - The Hour Of Reprisal





Artysta: Ill Bill
Tytuł: The Hour of Reprisal
Format: 2LP (12''), 33 1/3 RPM
Rok wydania: 2008
Wytwórnia: Uncle Howie / Fatbeats
Gatunek: Antysystemowy Rap Spiskowo-Apokaliptyczny

Strona A:
1. Babylon ft. Howard Jones of Killswitch Engage
2. Doomsday Was Written In An Alien Bible
3. Trust Nobody
4. A Bullet Never Lies ft. Vinnie Paz of Jedi Mind Tricks

Strona B:
1. White N*@#?r
2. My Uncle
3. Riya ft. HR & Darryl Jenifer of Bad Brains
4. War Is My Destiny ft. Max Cavalera & Immortal Technique

Strona C:
1. Society Is Brainwashed
2. This Is Who I Am
3. Too Young ft. HERO & Slaine of La Coka Nostra
4. Pain Gang ft. B-Real of Cypress Hill & Everlast of La Coka Nostra
5. U.B.S. (Unauthorized Biography of Slayer)

Strona D:
1. Coka Moshiach ft. Raekwon The Chef
2. The Most Dangerous Weapon Alive
3. Soap
4. I'm A Goon
5. Only Time Will Tell ft. Necro, Tech N9ne & Everlast of La Coka Nostra

Gdyby jeszcze rok temu ktoś mi powiedział, że będę dla przyjemności słuchał płyty jakkolwiek powiązanej z Necro i wściekłymi białasami od masek gazowych, to wyciągnąłbym mój miecz świetlny truskulowego Jedi i stanął do walki o honor. A dziś, w lecie odpalam album brata tego gościa na "N" i czuję w powietrzu gęstą zajawunię.

Nie była to miłość od pierwszego usłyszenia. "The Hour Of Reprisal" prezentuje charakterystyczne dla Braunsteinów dźwięki, które przy pierwszym odsłuchu nie rzucą na kolana fana soulfulowego brzmienia. Samplowanie gitarowych riffów nie jest obce hip-hopowi, ale chyba mało który producent tak bardzo lubuje się w wykorzystywaniu nagrań kapel metalowych ("Trust Nobody", "White Nigger"). Dla hip-hopowców lubiących czasem odwiedzić operę Cult Leader ma kawałki przywodzące na myśl produkcje Stoupe'a lub Snowgoons - bazujące na próbkach z orkiestry symfonicznej, czy jakiegoś chóru.

Numery klasycznie brzmiące (w sensie bardziej Pezet, niż Chopin - przyp. red.) też na tej płycie występują. "A Bullet Never Lies" (co za wejście gospodarza!!!) produkcji Lethala jest świetnym przykładem i wielka szkoda, że udział DJ'a House of Pain i Limp Bizkit zakończył się właśnie na czwartym tracku strony A. Premiera też mogłoby być więcej. I prawidłowość jest taka - Bill robi dużo lepsze bity do spółki z Sicknature, własne produkcje są w większości zbyt, pompatyczne (?), jak choćby "War Is My Destiny".

Liryka też jest specyficzna, ale dzięki Bogu nie musimy słuchać o wypruwaniu flaków, sado-maso i innych tematach dla dewiantów (na osłodę mają głupawy tytuł kawałka nr 2). Hardcore hip-hop, 3h - to najlepiej oddaje klimat rapu na drugim solo ex-członka Non Phixon. Narkotyki - check, przemoc - check, anarchizm - check. Umiar - też check, bo ciężkie zwrotki balansują utwór dedykowany córce (Bad Brainsi niestety pojęczeli w refrenie - przyp. red.), czy refleksje w "Too Young". Czasem mam wrażenie, że Ill Bill chce mi za dużo powiedzieć i nie mieści się w bicie, ale generalnie jego flow słucha się z przyjemnością, w przeciwieństwie do młodszego, trajkoczącego brata. Zaproszeni goście mogą irytować (Max Cavalera, Bad Brains), śmieszyć (Tech N9ne ze swoim "eep op ork ah ah"), ale przeważnie uatrakcyjniają obcowanie z "The Hour Of Reprisal".

Nabyłem ten album trochę z ciekawości, trochę dla draki, a z czasem okazał się być kawałem dobrego, ulicznego rapu. Warto czasem spróbować przełamać swoje uprzedzenia (sentencja tygodnia, Paulo Coelho wśród bloggerów).
Życzę tegorocznym kempowiczom, żeby Chory Bill zagrał jakieś solowe petardy, w przerwie między petardami LCN. I z góry zazdroszczę.







PS. Wewnątrz są wszystkie teksty oprócz "White Nigger" i "My Uncle", trochę skucha...

20 lipca 2009

Wu-Tang Clan - Enter The Wu-Tang (36 Chambers)



Zespół: Wu-Tang Clan
Tytuł: Enter The Wu-Tang (36 Chambers)
Format: LP (12''), 33 RPM
Rok wydania: 1993
Wytwórnia: Loud Records
Gatunek: Rap

Strona A (Shaolin Sword)
Bring Da Ruckus
Shame On A Nigga
Clan In Da Front
Wu-Tang: 7th Chamber
Can It Be All So Simple
Protect Ya Neck
Intermission

Strona B (Wu-Tang Sword)
Da Mystery Of Chessboxin
Wu-Tang Clan Ain't Nuthing Ta F'Wit
C.R.E.A.M
Method Man
Tearz
Wu-Tang: 7th Chamber - Part II
Conclusion

9 listopad roku 1993 to bardzo ważna data w dziejach hip-hopu, muzyki i świata. Od tamtej pory zmieniło się wszystko, bo do gry przystąpił skład nie z tej Ziemi – Wu-Tang Clan. Pomysł powstał w głowie Geniusa, i w głowie Russella. Do ekipy dołączyli Roberta, i zaczęli poszukiwać kolejnych członków. Poszukiwania zakończyły się powodzeniem, gdyż do składu doszły takie osoby jak Ghostface, Rebel INS, Method Man, Rae i U-God. Warto dodać, ze pierwsza trójka (tzw. założycielska) jest rodziną. Podczas mistycznych zebrań postanowiono zrobić zrzutę na pierwszy sprzęt i wydanie singla. Każdy z ekipy dał po 100 dolarów i tak to się zaczęło. Na pierwszy ogień krytyki poleciał utwór "Protect Ya Neck". Krytyki? Singiel chwycił od razu i dwa dni później cały Nowy Jork mówił o zespole na "W" i jego charyzmatycznych członkach. Chwilę później podpisali kontrakt z Loud, i wydali klasyczny debiut. Boom!

Niesamowite zderzenie osobowości. Niektóre źródła podają, że w pierwotnym składzie było 9 członków, ale na okładce mamy wypisanych tylko 8. Nie wzięto pod uwagę Mastera Killer’a (Masta Killa), choć rapuję on w numerze "Da Mystery Of Chessboxin", który został nawet wypuszczony jako singiel, jako trzeci. Mózgiem operacji oczywiście jest Prince Rakeem, czyli RZA. To on wykreował brudne i szorstkie brzmienie grupy. Mocne bębny, minimalistyczne sample, cytaty z jakichś dziwnych filmów – tak, to są rzeczy kojarzone z Robertem (prawdziwe imię). Kolejną ważną postacią, i chyba najbardziej wyróżniającą się w tamtym czasie, jest Method ("it's the Method Man for short Mr. Meth"). Dostał on tutaj solowy numer do którego powstał pierwszy klip Wu-Tang Clanu. Dzięki wrodzonej charyzmie przez wielu słuchaczy został uznany za najważniejszą postać w zespole. Swoją pozycję rok później umocnił solowym albumem wydanym w Def Jam o tytule "Tical" – jego niezwykły talent będą mogli sprawdzić na żywo wszyscy tegoroczni Kempowicze; rekomenduję. U-God to przede wszystkim dzikie flow i głos przypominający bass. Rebel INS, czyli Inspectah Deck to raper, który jest zbyt mało doceniany imo ("Inspector Deck's on the set/ the rebel, I make more noise than heavy metal"). Raekwon w pełni skrzydła rozwinął dopiero na "OB4CL", gdzie ważną rolę odegrał również GhostFace. Najbardziej kontrowersyjną i szaloną personą wydaje się być w tym zestawieniu, świętej pamięci – Ol’ Dirty Bastard. Jego luzackie podejście do życia może przerażać, ale zwariowany styl rapowania budzi zachwyt każdego słuchacza. GZA wymieniony z tyłu okładki na końcu, to kolejna, wg mnie, bardzo niedoceniana postać. W sumie jemu chyba nigdy nie zależało na zbyt dużej grupie słuchaczy.

Klimat jest tajemniczy, chory. Tej płyty najlepiej słucha się w nocy w otoczeniu świec; najlepiej po gramie. Całość jest tak brudna, że chyba była nagrywana w piwnicy pełnej szczurów i kurzu, na sprzęcie mającym z 30-lat i ledwo nadającym się do użytku, który po skończeniu sesji został od razu wy****ny na śmietnik. Jest agresywnie – to nie jest płyta dla słuchaczy cukierkowego rapu. W tle przewijają się fragmenty filmów kung-fu, i te dziwne skity, i ogólny chaos zewsząd. Rap bliski ulicom i wszystkim szaleńcom. Gdybym robił film opowiadający o losach zakładu psychiatrycznego to pewnie rozpatrywałbym kandydaturę Prince’a na stanowisko głównego producenta muzycznego. Dla młodszych słuchaczy zaczynających przygodę z rapem płyta ta może być zbyt ciężkostrawna, ale znać trzeba koniecznie, bo klasyk pełną gębą. Styl artystów zainspirowanych mnichami z klasztoru Shaolin powinien znać każdy fan ambitnej muzyki, tak to widzę.

Większość produkcji, jak już wspomniałem albo nie, zawdzięczamy panu Bobby’iemu. W niektórych momentach pomogli: 4th Disciple, Ol' Dirty czy Method. W procesie samplingu wykorzystano m.in. film "Shaolin & Wu Tang", "Ten Tigers From Kwangtung". Bardziej wyćwiczone ucho wyłapię też dźwięki z dorobku takich artystów jak Labi Siffre, Zapp Band czy Sly & The Family Stone. Myślę, że RZA odebrałby to jako komplement, gdybym nazwał jego robotę dobrym syfem. Oprócz mocnych bębnów, minimalizmu, kosmicznych sampli, przeszkadzajek czy motywów azjatyckich, mamy tutaj też sample soul’owe. Bardzo często nasz producent sięga po krótkie partie pianinka – dość ważna cecha jego stylu. Poza tym, RZA rozpoczyna album wokalnie – to on jako pierwszy krzyczy "bring da motherfuckin ruckus". Wszyscy rapują tak jakby mieli zamiar zabijać za pomocą swoich samurajskich mieczy. Teksty są mocne, hardcore’owe wręcz – wu-tang banger, 36 styles of danger. W tekstach jest pełno przechwałek, celnych punchline’ów czy niebanalnych metafor. Chłopy są wiarygodne, czuć ich związek z ulicznym życiem – tak samo jak specyficzną chemię, między Raekwon’em, a Ghost’em w "Can It Be All So Simple". Gadka jest surowa jak cała reszta; na Kempie chciałbym zaśpiewać razem z Methodem refren "C.R.E.A.M" ("cash rules everything around me/C.R.E.A.M./get the money, dollar, dollar, bill y’aauhhauhhhhll") albo lepiej zarapować z nim cały utwór "Method Man" ("hey, u, get off my cloud/ u don’t know me & u don’t know my style/who be gettin flam when they come to a jam?...").

Wpadajcie na Kempa, żebyśmy wszyscy razem to zarapowali; prośba. Pod spodem macie pierwszy klip z obozu Wu-Tang, rzecz jasna powstał do numeru przed chwilą opisywanego (chyba zresztą już o tym mówiłem, ta skleroza). Fakt ten, chyba jasno pokazuje jak wysoką pozycję w hierarchii zajmuje Method. A teraz oglądamy teledysk:



Wu-Tang Clan Ain’t Nuthing Ta F’Wit!

13 lipca 2009

Sugarhill Gang - Rapper's Delight



Zespół: Sugarhill Gang
Tytuł: Rapper's Delight
Format: singiel (12''), 45 RPM
Rok wydania: 1979
Wytwórnia: Sugar Hill Records / Metronome (wydanie niemieckie)
Gatunek: Hip-Hop

Strona A
Rapper's Delight (15 min. version)

Strona B
Rapper's Delight (6.30 min. version)

Śmieszy mnie jak czasami młodsi ode mnie nazywają starą szkołą płyty z roku 1996 i dalej. Faktycznie, dla nich te projekty mogą być już stare, ale w porównaniu z raperami z Sugarhill Gang ich staż wypada po prostu kiepsko. Nagrane i wydane w roku 1979 – to jest k***a old school!

Napis "Super Disco Sound Single" może troszkę odstraszać rapowych konserwatystów. Chyba. Poza tym dodatek "Special Disco-Version" i mikrofon z otwartą japą. Na tylnej części okładki zamieszczono tekst krótszej wersji, bo trzeba wiedzieć, że na 12’’ są dwie – pełna trwająca aż 15 minut (!) i ta krótsza o 8:30 (głupio wygląda placek prawie cały pusty). Prędkość 45, ale zanim zaczniemy opis kawałka to jeszcze kilka słów o samym zespole. Naprawdę tylko kilka.

A więc (oprócz tego, że nie zaczyna się zdania od "a więc") Sugarhill Gang stworzyły trzy osobniki: Wonder Mike, Master Gee i Big Bank Hank. Zespół jest powszechnie znany jako autorzy pierwszego rapowego nagrania – oficjalnie, bo nieoficjalnie pierwsza była funkowa grupa FatBack Band, która wspólnie z panem o ksywie King Tim III nagrała numer rap wcześniej albo o tydzień, albo o 3 miesiące. Sugar został powołany przez Sylvię Robinson i jej męża. Sylvia to prezenterka radiowa, właścicielka wytwórni Sugar Hill Records oraz jak podają niektóre źródła – producentka i piosenkarka. Nagranie "Rapper’s Delight" bez wątpienia jest pierwszym numerem nagranym przez raperów, który dostał złoto. Podkład został zagrany (!) przez muzyków związanych z labelem pani Robinson – ukrywających się pod nazwą Positive Force, i z założenia miał przypominać to co robią DJ’e podczas imprez (break’i i te sprawy). Chłopy z PF oparli beat na motywie z utworu "Good Times" zespołu Chic (o czym zresztą informuję nas tył okładki i o co kłócono się długi czas w sądach). Tekstowo mamy tutaj zbiór prostych rymów i imprezowych okrzyków, wiele zwrotów przeszło już do klasyki gatunku ("now what you hear is not a test" przykładowo). Rap na domówki, rap do zabawy – to jeszcze nie czas na poważne przesłania w tym nurcie. Znać wypada, choć niektórzy mogą czuć się urażeni prostotą tego singla.

2 lipca 2009

Metro / Guilty Simpson / DJ Twister - Acquired Taste





Artysta: Metro
Tytuł: Acquired Taste feat. Guilty Simpson & DJ Twister
Format: singiel (7''), 45 RPM
Rok wydania: 2009
Wytwórnia: Queen Size Records
Gatunek: Hip Hop

Strona A
Vocal

Strona B
Instrumental

Mam! Pierwsza odsłona nowego projektu Metra (mogę odmieniać?), przy którym producenta wspiera młoda polska wytwórnia Queen Size, jest na moim talerzu. Brzmienie nowego materiału dla znających wcześniejsze dokonania rodzimego bitmejkera nie będzie zaskoczeniem. Największą niespodzianką, a dla mnie nawet prezentem, była ksywka widniejąca tym razem obok słowa "Metro" - Guilty Simpson.

Konsekwencja, z jaką brzeski producent zmierza swoją muzyczną ścieżką jest godna największych propsów. Dbałość o hiphopową tradycję (każdy autorski projekt ukazywał się dotychczas na winylu) i surowe brzmienie inspirowane dokonaniami ikon Stones Throw to te cechy, które towarzyszą poczynaniom Metra niezmiennie od debiutu. Aż w końcu nadszedł czas na współpracę z czołową postacią amerykańskiego podziemnego rapu ostatnich kilku lat - reprezentantem Detroit, a jednocześnie stajni Peanut Butter Wolfa.

Nie usłyszymy tu życiowych prawd, historii z getta też nie. Guilty nie jest tak gorzki, jak na "Ode To The Ghetto", co słychać i w dość dynamicznym jak na niego flow, i w linijkach. Lirycznie Simpson znajduje się tu gdzieś pomiędzy "Jungle Love" a "Get Bitches" - suto kładzie bragga na bit i chce za to hajsu, znasz slogan.
Co przygotował szef kuchni? Pulsujący bas i brudne bębny okraszone krótkim samplem jakiejś gitarki (to gitarka?). Bit buja karkiem jakby Madlib z czasów Lootpack sieknął Jadakissowi "The Champ Is Here" zamiast Green Lanterna. Wyobraźnia działa? No to jeszcze punktualne cuty Twistera w stylu "pozwólcie, że przedstawię wam..." i macie truskulowe żarcie.

Szkoda tylko, że niespełna trzema minutami nijak nie da rady się najeść i kiedy talerz przestaje się kręcić pozostaje niedosyt. Queen Size (czy nazwa ma związek z wielkością dziurki w placku?) i Metro narobili tym wydawnictwem smaku na kolejne 6 siódemek - przyklaskujemy i poklepujemy chłopaków po ramieniu za inicjatywę. Siódemki Metra - zbierz je wszystkie!

(Uwaga. Autorzy bloga nie ponoszą odpowiedzialności za brak funduszy na kino z kobietą, czy kwiaty dla mamy spowodowany skompletowaniem całej serii od Metro/Queen Size Records.)

18 czerwca 2009

Atmosphere - You/Your Glasshouse



Artysta: Atmosphere
Tytuł: You/Your Glasshouse
Format: LP(12"), 33 1/3 RPM
Rok wydania: 2008
Wytwórnia: Rhymesayers Entertainment
Gatunek: Hip Hop

Strona A:
1. You (clean)
2. Your Glasshouse (clean)
3. Vanity Sick (clean)

Strona B:
1. You (unclean)
2. You (instrumental)
3. Your Glasshouse (instrumental)

Atmosphere - nikomu nie trzeba przedstawiać. Ikona gatunku. Legenda Rhymesayers.
Płytka, którą opisuję składa się z dwóch najlepszych kawałków z albumu "When Life Gives You Lemons, You Paint That Shit Gold". Album wybitny, do którego sięgam często i nigdy się przy nim nie nudzę.
Obydwa kawałki różnią się od siebie, jest to tak jak gdybyby ciemna i jasna strona Atmosphere. "You" opowiada historię kelnerki z przydrożnej restauracji, gdzieś w jakimś małym obskurnym miasteczku w US. Pracuje bo musi, jak większość ludzi wokół robi to czego nie chce, ale jest do tego zmuszona sytuacją. Treść tego kawałka przypisać sobie powinien każdy, bo każdy potrafi odnaleźć cząstkę siebie w sylwetce głównej bohaterki. Melodyjny kawałek z melodyjnym refrenem. Dosadna treść opowiadająca historię z życia codziennego – tak, tak to Atmosphere.
Drugi z utworów to bardziej "ciemna strona", przynajmniej pod względem muzycznym. Pamiętacie jeszcze tą laskę z pierwszego kawałka? Tak, to znów o niej. Po beznadziejnym shifcie w pracy wylądowała na imprezie i... budzi się tam gdzie nie powinna. Kac, wyrzuty sumienia. Dalej nie wie gdzie jest. Długo dochodzi do siebie, kilkakrotnie zwracając lunch z wczoraj. Typowy kawałek na hangover, który również bardzo lubię, bo ma coś w sobie - chyba treść. Ilu z nas może się pod nim podpisać???
Płytka zawiera wersje clean oraz unclean, jak i również instrumentale dla których w sumie kupiłem te LP.
Bonusowym trackiem jest "Vanity Sick", który dopełnia historię. I dobija mnie bitem. Dosadny i mocny, przepełniony siłą i idealnie dopasowany pod flow Slug’a.
Polecam każdemu, który zna, jak i nie zna twórczości Atmosphere.





14 czerwca 2009

Mos Def - The New Danger




Artysta: Mos Def
Tytuł: The New Danger
Format: 2LP (12"), 33 1/3 RPM
Rok wydania: 2004
Wytwórnia: Geffen
Gatunek: Rap, Rock, Blues, Soul

Strona A:
1. The Boogie Man Song
2. Freaky Black Greetings
3. Ghetto Rock
4. Zimzallabim
5. The Rape Over
6. Blue Black Jack

Strona B:
1. Bedstuy Parade & Funeral March
2. Sex, Love & Money
3. Sunshine
4. Close Edge

Strona C:
1. The Panties
2. War
3. Grown Man Business (Fresh Vintage Bottles)
4. Modern Marvel

Strona D:
1. Life Is Real
2. The Easy Spell
3. The Beggar
4. Champion Requiem

Dawno żaden 2LP nie zagościł u nas, więc trzeba to zmienić. Listopad w czerwcu, sesja i wczorajsze rozmowy o życiu zrobiły mnie melancholijnym chłopem. Starzejemy się, każdy kiedyś umrze, a świat jest zły, nie ma się co oszukiwać. Idealna pora, żeby wrzucić na talerz "The New Danger", tym bardziej, że na półkach czeka już kolejny krążek od autora.

Pamiętam premierę drugiego solo Mos Defa, niepochlebne komentarze, zawody (od bycia zawiedzionym - przyp. red.). Internetowy fanbase, który pokochał Mosa za BlackStara i "BOBS", nie był usatysfakcjonowany. Poprzedni album brzmiał może bardziej klasycznie hiphopowo, było więcej sampli, DJ Premier, ale przecież z drugiej strony mieliśmy takie utwory jak "Umi Says", czy "Rock'n'Roll", więc hej. Od początku uważałem tę płytę za udaną kontynuację ścieżki obranej przy debiucie solowym i psioczenie mnie dziwiło. Flow, głos, celne teksty i podśpiewywanie pozostały, zmieniła się tylko forma podania. Dlatego ten ładny gatefold z kozacką okładką był w moich łapach już niedługo po premierze.

Na drugiej solowej płycie Dante trochę odleciał. Nagrywanie z zespołem złożonym z członków Living Colour i Bad Brains nadało jej punk-rockowy sznyt i tę złość znajdziemy nie tylko w typowo gitarowych numerach, ale też w remake'u kawałka Jay'a-Z, a nawet w (uwaga, słowo dla mięczaków) przecudownym 9-minutowym tribucie dla Marvina Gaye'a ("Modern Marvel").

Już pierwsze trzy kawałki definiują kształt płyty - najpierw delikatna ballada, potem ostre gitary i w końcu ghetto hiphop. Cały krążek to w zasadzie kolaż emocji i wycieczka po gatunkach, od antysystemowego "War", czy wykrzykiwanej miłości w "The Beggar", przez zmysłowe "The Panties" i bluesowe "Blue Black Jack", aż po typowo rapowe numery, jak "Sex, Love & Money" (bit petarda!) albo Kanye'owy "Sunshine", w którym Mighty Mos uprawia sobie bragga (jest też follow-up do Biggie'go, hiphopowa głowo). Nie pogubiliście się? Album, zdominowany właściwie przez gorycz, zamyka podnoszący na duchu "Champion Requiem".

Ciężko napisać o tej płycie tylko parę słów, a żeby przedstawić wszystko, co mi się w niej podoba musiałbym wymienić prawie każdy numer (czy już to zrobiłem?). Nie dam powiedzieć złego słowa o "The New Danger", bo dla mnie to jedna z najlepszych rzeczy w muzyce XXI wieku. Hiphopowym ortodoksom ma prawo nie pasować, ale nie sposób jej nie docenić. Okres.





4 czerwca 2009

Moka-T i Makul - PoJAZZd Jednośladowy



Artyści: Moka-T i Makul
Tytuł: PoJAZZd Jednośladowy
Format: singiel (12''), 33 1/3 RPM
Wytwórnia: Moka-T i Makul
Rok wydania: 2009
Gatunek: Hip-Hop

Strona A
1. poJAZZd jednośladowy (original)
2. poJAZZd jednośladowy (instrumental)
3. poJAZZd jednośladowy (a capella)

Strona B
1. wylananabitykawa (original)
2. wylananabitykawa (instrumental)
3. wylananabitykawa (a capella)
4. poJAZZd jednośladowy (student A remix)

Ten wosk to środkowy palec dla wszystkich, którzy myśleli, że polski winyl umiera. Dwóch typków z których zajawka kipi gęsta za własny hajs wydało wosk ku ogólnej radości winylowców z całego kraju. Nikt prawdopodobnie na tą płytę nie czekał, nikt nawet się nie spodziewał, że taka akcja wydarzy się w 2009 roku. Obyło się bez wielkich kampanii reklamowych - Moka-T i Makul po prostu to zrobili. Już na wstępie za sam manewr wydawniczy bijemy pokłony!

Mam nadzieję, że wywiad przybliżył wam, choć trochę profile obu panów, bo nie planuję tego, by w tej chwili się zatrzymywać nad biografiami naszych dzisiejszych bohaterów. Zajawka, która siedzi w środku każe mi czym prędzej przejść do tzw. opisu.

Moka-T jest raperem poprawnym. Nie znam jego wcześniejszych dokonań, więc trudno ocenić mi jego rozwój. Potrafi bardzo mocno trzymać się tematu i za to bez wątpienia plus. Potrafi też bawić się dwuznacznością słów ("kręgosłup, w tym przypadku rama/ całą ją wypalam na myśl o pedałach") czy sprytnie zakończyć zwrotkę ("jak Romet te rapy dobre, bo polskie"). Metaforki też ma nie najgorsze ("jazz czarnoziemem, aż miło zaliczyć glebę"). Podsumowując - tekstowo jest jak najbardziej OK. Jeżeli chodzi o flow to jest ono proste, w przypadku LP mogłoby wiele osób znudzić - w przypadku singla nie ma prawa męczyć. W przeciwieństwie do liryki nie ma tu żadnych większych zabaw, a szkoda, bo czuć, że stać na to gościa, który do nas rapuje. Mimo to i tak przyjemnie mi się słucha nawijki pana Moka-T'a, a to chyba najważniejsze.

Makul jest producentem bardzo dobrym. Znam trochę jego innych nagrań i wiem, że stać go na wiele. Z sampli potrafi złożyć mocne konstrukcje, które świetnie uzupełniają rap Moka-T'a. Brzmi to zajebiście. I buja porządnie, o! Do Makula zarzutów generalnie nie mam żadnych, tylko propsy stary!

Kolejny ważny element 12'' - gość z numerem pierwszym, czyli DJ Eprom. Osoba, której czytelnikom MyRecordCrate przedstawiać nie trzeba. Scratche są na swoim miejscu, i się podobają. Zresztą nie podejrzewałem Eproma o to, by spierdolił swoją robotę. Pamiętaj drogi słuchaczu - Eprom to gwarancja dobrych dźwięków.

Na sam koniec 12'' został wrzucony remix Studenta A. Cieszy mnie to, że ten remix tam się znalazł, gdyż może dzięki niemu więcej osób pozna się na talencie tajemniczej postaci jaką bez dyskusji jest Student.

Zostało jeszcze kilkadziesiąt sztuk omawianego winylka. Śpieszcie się bracia i siostry, bo debiut jest udany, i uważam, że warto go mieć w swojej kolekcji. Cała winylowa polska rzecz jasna czeka na kolejne ruchy ze strony duetu, i liczy na to, że poprzeczka będzie wzrastać z każdym kolejnym woskiem. Klikajcie tutaj.

22 maja 2009

A Tribe Called Quest - Oh My God



Zespół: A Tribe Called Quest
Tytuł: Oh My God
Format: singiel (12''), 33 RPM
Wytwórnia: Jive
Rok wydania: 1994
Gatunek: Rap

Strona A
1. LP Version 3:29
2. Remix 4:02
3. Know Naim Remix 2:48

Strona B
1. Lyrics To Go (LP Version) 4:09
2. Lyrics (Remix) 3:50
3. One Two S**t (feat. Busta Rhymes) 4:31

Nie śpimy. Kupujemy winyle, chodzimy na koncerty i ogarniamy notki. Ludzie czytają, dziewczyny przysyłają nam swoje zdjęcia – jest fajnie. Tydzień to długi okres, a więc postanowiłem, że dzisiaj położę notkę na serwerze. Napiszę parę ciepłych słów o najgorszym rapowym zespole, czyli o A Tribe Called Quest. Najgorszym, bo strasznie uzależnia.

Wosk kupiłem na wspominanej już giełdzie krakowskiej, wraz z jakimiś 40 innymi płytami. Każdy wie jakie są zasady gry – na giełdzie jest zawsze dużo taniej, a więc kupiłem ten singiel za tak śmieszny hajs, że można by się z tego pośmiać.

Śmiem twierdzić, że w przypadku tej nazwy najważniejszy jest klimat. Magiczna aura, która wytworzyli wokół siebie chłopaki jest niezniszczalna. Już od tylu pokoleń daję ludziom radość; piękna historia. Klimat ławek, klimat Nowego Jorku, klimat zakurzonych płyt, klimat tłustych bitów, klimat klasycznego rapu, klimat chłopaków z sąsiedztwa, klimat Native Tongues, klimat jazzu – nie potrzebne proszę skreślić, a słowo klimat zapamiętać.

Uwielbiam wejście pierwsze intelektualisty Q-Tipa ("listen up everybody the bottom line/ i'm a black intellect, but unrefined") albo to jak wymawia słowo "vader". Uwielbiam powtarzać leniwie z chłopakami tekst najprostszego refrenu "Oh My God" (w slangu internetowo-gimnazjalnym: "omg"). Jak Phife zaczepnie nawija, że jest Jordanem z mikrofonem to też lubię.

Co ciekawe, na 12’’ mamy gościa, a jest nim Busta Rhymes, który nawija jak Ol’ Dirty Bastard. I tak mu to nieźle idzie.

OK, obejrzyjcie sobie to co na dole i posłuchajcie, a ja spadam odebrać przelew za tą notkę.

12 maja 2009

Bad Meets Evil (Eminem & Royce 5' 9'') - Scary Movies



Zespół: Bad Meets Evil (Eminem & Royce 5' 9'')
Tytuł: Scary Movies
Format: singiel (12''), 45 RPM
Wytwórnia: Mole UK
Rok: ?
Gatunek: Rap Wyremixowany

Strona A
1. Scary Movies (Nils Hess & Harris Remix)

Strona B
1. Scary Movies (S.W.A.T Remix)
2. Scary Movies (Phreaq Remix)

Zmieniamy czas – jest środek zimy. Grzebię w skrzynkach na krakowskiej giełdzie, i... nic nie znajduję. Zawiedziony sprzedawca grzecznie pyta: "jakiej muzyki szukasz?”, a więc równie grzecznie odpowiadam mu, że rapu. Widząc uśmiech na jego twarzy zrozumiałem od razu, że za chwilę wyciągnie jakiś towar spod lady, którym mnie zadowoli. Pan w okularach zrobił czarodziejską sztuczkę i w ten sposób dostałem do rąk opisywaną 12’’. Długo patrzyłem na okładkę (okładkę?) na której widziałem takie napisy jak: Muller Records, Beroshima & Ishino czy "Matadors Of Techno Ep" – nie sądziłem, że w takiej formie zakupię singiel Eminema i Royce’a. W tej chwili warto jebnąć przysłowie ludowe: nie oceniaj winyla po okładce (lub jej braku).

Projekt Bad Meets Evil jest bardzo interesujący. Z kawałków, które nagrali można by maksymalnie złożyć epkę, tak jest tego mało. Grupa rozpadła się z powodu innej grupy Em’a – D12. Royce dissował niesforną dwunastkę, a niesforna dwunastka jeździła po nim. Co najlepsze Eminem nie brał zbytnio udziału w tej wojnie. Co jeszcze lepsze dwuosobowy gang ma na kolejnym albumie białasa dać coś wspólnego, a więc czekamy na kontynuację "Relapse" i cieszymy się, że konflikt między dwoma świetnymi raperami jest nie aktualny.

Royce to strasznie niedoceniany typ. Błąd. Royce na mic’u to przekot, przeskurwiel, a ja jestem fanem. Przełomowy moment w karierze to singiel "Boom" na bicie Premiera, który miał mu dać premię do rapowej ekstraklasy. Nie pykło, gdyż chłop ma strasznego pecha do wytwórni. Nie wyszła współpraca na polu wydawniczym z Doktorkiem, nie wyszła z Sony, nie wyszła też z labelem Koch. A szkoda, bo "Rock City" to materiał, który przy promocji porządnej namieszałby całkiem sporo.

W tym momencie powinienem napisać kilka słów na temat "Strasznego Filmu", ale tego nie zrobię, gdyż od razu przejdę do strony A na której to rapu nie znajdziemy nawet ze świecą. Jest plumkający techno beat, a z wokali zostały wycięte takie słowa i zwroty jak: "what’s your favourite scary movie?", "what?", "yo", "Slim Shady", "Royce Da 5-9"... zawiodłem się. Owszem, oczekiwałem remixu dla klubów, ale jednocześnie nie liczyłem na to, że zostanie on pozbawiony zwrotek i ciężka praca raperów zostanie tak zlekceważona. Remixerzy z drugiej strony popisali się bardziej. Pierwszy z nich dał podkład uzbrojony w dziwne dźwięki, ale mroczny i klimatyczny. Drugi natomiast dał beat, który wg mnie jest najlepszy z wszystkich trzech, gdyż ma najlepszy vibe, najlepszy aranż i najbardziej pasuje mi do tego kawałka.

Skandaliczny duet spisał się na piątkę. Rzucają fajne punch'e jak "MC's get stuck, head first back in they mother's womb" (Royce), fajne porównania jak "i'm sicker than a tupac dedication to biggie" (Eminem) – klasyczne bragga.

Z czego się orientuję 12’’ ukazała się tylko na rynku brytyjskim, tylko w wersji promo. Całość traktujcie jako ciekawostkę – na dole oryginał, gdyż remixy nie zostały znalezione.

7 maja 2009

O.S.T.R. - Jak Nie Ty, To Kto?



Artysta: O.S.T.R
Tytuł: Jak Nie Ty, To Kto?
Format: singiel (12''), 33 RPM
Wytwórnia: Asfalt Records
Rok: 2008
Gatunek: Rap

Strona A
1. Jak Nie Ty, To Kto? (f. Brother J)
2. Big Money On The Table (f. Reps & Cadillac Dale)
3. Jestem Tylko Dzieckiem
4. Jestem Tylko Dzieckiem (Instrumental)

Strona B
1. Dwa Razy Gumbao
2. O Staniu W Korkach
3. Jak Nie Ty, To Kto? (Instrumental)
4. Big Money On The Table (Instrumental)

Gdybyś nie wiedział kim jest GOAT, albo poszukiwał cech rapowego MVP to mam dla Ciebie odpowiedź. Tak, tak – nie ma w naszym pięknym kraju aktualnie lepszego gracza niż O.S.T.R – wie to tysiące fanów, krytycy oraz mic. Mówię to, chodź jeszcze nie zacząłem się modlić do zdjęć Adama włożonych w specjalne ramki, ani nie jeżdżę za nim po Polsce, żeby być na wszystkich koncertach. Byłem na jednym, i zobaczyłem show, które mnie upewniło w mojej, wtedy jeszcze hipotezie. Jak znajdziesz kogoś lepszego w tej dziedzinie to śmiało możesz do mnie dzwonić o każdej porze dnia, z chęcią podyskutuję.

12’’ tą dorwałem nie dawno, i zakupu rzecz jasna nie żałuję. Dostałem 8 tracków, w tym 3 instrumentale do których nawijam rymy na wolno, oraz dwie premiery. Wszystko wydane elegancko – uśmiechnięta twarz O.S.T.R’a zachęca do tego, aby czym prędzej wrzucić wosk na mojego nowego Stantona T. 52 (szpanuję), a więc robię to. Po pierwszych dźwiękach wpadam w fotel z wrażenia!

Zaczniemy od bitów, które (jak się domyślam po okładce) O.S.T.R stworzył uzbrojony przede wszystkim w dyskietki oraz MPC-etkę. Z pomysłem zaaranżowane, pełne vibe’u i z tłustą perkusją – tak by można to zrobić na odczep, ale nie, bo ja chciałbym jeszcze dodać, że beat do "O Staniu W Korkach" powinien być puszczany na odmulenie we wszystkich stacjach radiowych od rana, natomiast wersja instrumentalna "Jak Nie Ty, To Kto?" to świetne tło do słodkiego lenistwa, próbowałem. Oddzielne zdanie, a może nawet zdania poświecę najlepszemu podkładowi na singlu, chodzi o "Big Money On The Table". Producenci 2cztery7 w tym momencie odczuwają zazdrość, bo Ostry spalony łódzkim słońcem zrobił g-funkową petardę, za którą nawijacze z West Coast położyliby pewnie Adamowi dużą torbę na stół wypełnioną dolarami; ja gdybym był beatmaker'em to za takie piskacze mógłbym oddać nerkę.

Przejdźmy do nawijki Adama, albo... lepiej ją omińmy, bo moja wypowiedź będzie w stylu "masturbacji nad każdym wersem" i oddechem. Napiszę, że Cadillac Dale zaśpiewał tak, że przez chwilę myślałem, że gościem u łodzianina jest Nate Dogg. Napiszę też, że refreny z kawałka 1 i 3 tak mi weszły do głowy, że rapuje je ciąglę, a tytuł "Jestem Tylko Dzieckiem" wrzuciłem sobie w opis GG, gdyż nie mogłem się zdecydować, który wers z tego jointa jest najfajniejszy.

W tworzeniu materiału na ten wosk wspomogli Ostrego: Brother J, Reps, wspominany Nate Cadillac Dale, El Da Sensei, Dan Fresh oraz nieodłączny kompan najlepszego MC w Polsce – Dj Haem. W doszlifowaniu brzmienia pomógł tradycyjnie Marek Dulewicz – brawa dla wymienionych w tym akapicie, no i pokłon.

Czekamy na kolejne winyle od asfaltowej rodziny, a teraz oglądamy bardzo ładny klip:



PS: Będzie trochę pedalsko, ale zajebiście jest tutaj znowu pisać, hehe. Jou.

AZ - Hey AZ (featuring SWV)



Wykonawca: AZ
Tytuł: Hey AZ (feat. SWV)
Format: singiel (12''), 33 RPM
Wytwórnia: EMI Records
Rok wydania: 1997
Gatunek: Rap

Strona A
1. Hey AZ (Clean Version)
2. Hey AZ (Instrumental)
3. Hey AZ (Acapella)

Strona B
1. SOSA
2. Hey AZ (Dirty Version)
3. SOSA (Instrumental)

Jesteś kozackim raperem, masz za sobą genialny wręcz i świetnie przyjęty w środowisku debiut, który jednak z rynkowego punktu widzenia okazuje się być porażką. Przymierzasz się do wydania swojego drugiego solowego albumu i nauczony wcześniejszymi doświadczeniami wypuszczasz singiel o, przynajmniej teoretycznie, dużym potencjale komercyjnym, robisz do niego oczojebny klip, mówiący "yup, i'm livin large, ni*ga!". Singiel oczywiście ma za zadanie zachęcić jak największą liczbę fanów, jak i nowych potencjalnych słuchaczy do zainwestowania swych ciężko zarobionych pieniędzy w Twoją płytę. Ów singiel ukazuje się, hula w rozgłośniach radiowych na niezłej rotacji, klip śmiga w TV i.... i kawałek, wywołując falę niezadowolenia i rozczarowując fanów, ostatecznie nawet nie pojawia się na płycie, co więcej wymusza na Tobie prolongowanie jej premiery. Zamiast szelestu banknotów i brzęku monet zaczynasz słyszeć przeciągłe "uuu", trzeba było pozostać przy swoim i "wybrać bramkę numer jeden". Zygmunt Hajzer eksponuje swój permanentny make-up ślicznie się uśmiechając, budzisz się zlany zimnym potem...

Gdyby gdzieś około 1993/94 brooklyński kot Anthony Cruz usłyszał taką opowiastkę z dopiskiem "to Cię właśnie czeka, dzieciaku" to kto wie, czy nie machnąłby ręką na rap grę i nie poszedłby w dilerkę, bądź pimping, zamiast parać się rapem, mając, niczym szkolny looser, przyklejoną na plecach karteczkę mówiącą "(most) underrated". Szczęśliwie tak się jednak nie stało, a AZ wszedł na scenę w 1994 roku niezwykle mocno akcentując swą obecność na niej, kradnąc show Nasowi w kultowym Life's A Bitch. Nie mógł zacząć lepiej, później przyszedł czas na pełnowymiarowy debiut, czyli mamy już rok 1995 i krążek Doe Or Die. Bity m.in. od Pete Rocka, Buckwilda, L.E.S.'a, na majku gościnnie wspomniany Nasir Jones, płyta od pierwszej do ostatniej minuty tłusta jak Joe. Czego chcieć więcej? Ano sprzedaży, jedynie singiel "Sugar Hill" ze śpiewanym refrenem w wykonaniu Miss Jones poszalał trochę na listach przebojów, ale okazało się, że to za mało. Jak to często w tym biznesie bywa, sukces artystyczny niekoniecznie idzie w parze z sukcesem finansowym. Trzeba było coś z tym zrobić i stąd zapewne taki pomysł na dwunastkę promującą Pieces Of A Man, płytę, na którą AZ kazał wszystkim czekać naprawdę długo, bo aż do 1998 roku. Jak już dowiedzieliście się ze wstępu numer Hey AZ spotkał się z na tyle chłodnym przyjęciem, że koniec końców zrezygnowano z niego w kontekście drugiego albumu i pozostał po prostu singlowym kawałkiem. W odniesieniu do powyższych faktów zabawnie brzmi dopisek na odwrocie koperty głoszący taken from the EMI Records release AZ "Pieces Of A Man". Nie mów hop, jak jeszcze nie powiedziałeś hip...

Dobra, przejdźmy do konkretów, mały kroczek do tyłu - mamy rok 1997. AZ zabierając się za robienie swojego hit-singla bierze bit od panów z Trackmasters i zaprasza Siostry Z Głosami, czyli SWV, żeby troszkę pośpiewały. Mając na względzie, że w okolicach połowy lat 90tych Poke i Tone, czyli ci pierwsi, byli ludźmi, do których zgłaszał się w Nowym Jorku każdy, kto chciał mieć przebój (nie będę tu się rozpisywał odsyłam do discogs.com lub na Wikipedię), a dziewczyny z SWV w swojej kategorii wagowej ustępowały pola chyba tylko grupie TLC, mogłoby się wydawać, że mamy oto przepis na murowany szlagier. Tornado miało uderzyć w Duże Jabłko, ale rozeszło się po kościach...

Lajtowy bit na pewno wpada w ucho, ale zwojów mózgowych nie prostuje, wypieków na twarzy nie zaobserwowano. Jest przyjemny, ale kto zna podkłady, które wyszły spod rąk Tone'a czy Poke'a wie, że stać ich na dużo więcej. Tutaj mamy do czynienia tylko z fajną pętlą, to wszystko. Hey AZ zakrojony był niejako na kontynuację czy może na bycie analogicznym numerem do Sugar Hill z pierwszej płyty. O ile jednak w wypadku tego drugiego Miss Jones spisała się znakomicie, budując klimat i znacznie "ocieplając" utwór, tak już czekoladki z SWV, przy całej mej sympatii do nich i sentymencie do ich wokaliz, rozczarowały. Okrutnie prosty refren (tak, wiem, że to jednoznaczny follow-up do Hey DJ), który idealnie pasowałby do jakiegoś popowego gniota, niestety. Obecność tak dobrych wokalistek można było spożytkować znaczniej lepiej i bardziej kreatywnie. Ale miało być łatwo, lekko i przyjemnie. Sam Antek oczywiście nie zawodzi, jednak to człowiek, któremu gdyby nawet przyszło nawijać pod bit przepis na omlet ze szczypiorkiem albo nazwy wszystkich miejscowości stanu Nowy Jork to zrobiłby to z klasą, ubrał w ciekawe słownictwo, podał nienagannym flow, dbając przy tym o należytą technikę, o głosie i charyzmie nie wspominając. Przyznam uczciwie, że AZ to od około jedenastu lat mój absolutnie ulubiony MC, ale starając się być maksymalnie obiektywnym oceniłbym ten utwór na tróję (3, w skali szkolnej). Raczej słabo. Posiadacze tej dwunastki pocieszyć się mogą bardzo solidnym kawałkiem SOSA (Save Our Streets AZ) ze strony B, który na album ostatecznie trafił.

Jako, iż mamy tutaj pełną swobodę w doborze recenzowanych wosków (jak pojawia się dana recka to Łukasz aka mózg operacji moze jedynie zacytować Popka, mówiąc "wcale go nie namawiałem") postanowiłem wziąć na warsztat wydawnictwo mojego ulubieńca, ale, aby zbytnio nie słodzić wybór padł na ten, a nie inny winylowy placek. Nie jest to kawałek, który bym szczególnie polecał, zwłaszcza komuś, kto z twórczością AZ'ego nie miał specjalnie kontaktu, bo nie jest to najlepsza pozycja na rozpoczęcie tej przygody. Sam dopiero z czasem się do niego przekonałem i traktuję Hey AZ nieco z przymrużeniem oka. Na pewno jednak warto przypomnieć ten singiel, gdyż jest interesujący z kilku względów. Poza jednym zasadniczym, wynikającym z tego, co już napisałem, jest to kawałek w pewnym sensie przełomowy w karierze pana Cruza. Od niego zaczęły się zasadnicze problemy z selekcją bitów i od niego zaczęło być widać jak AZ jest rozerwany między chęcią robienia "swojego gówna" + wstaw sobie cały ten bullshit o pozostawaniu prawdziwym dla gry, byciu wiernym korzeniom, itp.(wiesz ocb), a między pragnieniem odniesienia sukcesu na dużą skalę i zrobienia na tym hajsu. Efektem czego seryjne jointy stojące na bardzo wysokim poziomie od strony rapowej, ale pozostawiające wiele do życzenia pod kątem czysto muzycznym.

Na koniec tradycyjnie odrobina dźwięku i obrazu, a to wszystko dzięki bezpardonowym użytkownikom serwisu YouTube notorycznie łamiącym prawa autorskie i wrzucającym dla nas takie oto klipy...



PS. Wybaczcie marnej jakości fotkę, postaram się na dniach wrzucić coś porządnego. One!

28 kwietnia 2009

Jehst - Nuke Proof Suit





Wykonawca: Jehst
Tytuł: Nuke Proof Suit / Nuke Proof Suit Instrumentals
Format: LP (12"), 33 1/3 RPM
Rok wydania: 2005
Wytwórnia: High Plains Music
Gatunek: Rap Radio-nie-aktywny

Strona A
1. Vice City
2. Ape Shit
3. Nuke Proof Suit
4. Neck Breakin

Strona B
1. Magnum Force
2. Pepper Spray feat. Kashmere & Sir Smurf Lil
3. Hydroblowback
4. Work Ethic

Tym albumem chciałbym rozpocząć serię wpisów traktujących o rapie z Wysp. Scena ta jest tak samo różnorodna jak niedoceniana. Albo nie, raczej nie-dos-trze-ga-na. Bez zbędnych wstępów, lato zbliża się wielkimi krokami, za oknem słońce nie daje się wyspać, więc wypadało by napisać kilka słów o albumie, którego najlepiej się słucha w zimie.
Na tapetę bierzemy ostatnie wydawnictwo bohatera wyspiarzy, a mianowicie epkę Jehsta zatytułowaną "Nuke Proof Suit", którą można kupić w wersji normalnej, jak również z samymi instrumentalami. Wersja zwykła ma świetną żółtą okładeczkę, ta druga mieni się błękitem i jest jeszcze lepsza.
Mam słabość [no homo] do raperów, którzy lecą flegmatycznie, wręcz bełkoczą rapując swoje wersy tak, że zlewają się w jedno nie robiąc przerw między słowami. Może nie mają czasu. Cokolwiek, ważne, że hipnotyzują i nic się nie da zrozumieć, plus ten brytyjski akcent. Jehst właśnie tak rapuje, na dodatek ma chyba katar. Swoją zajawkę kultywuje już niezły szmat czasu, wychowując chyba z drugie pokolenie słuchaczy w Polsce. A pamiętam go na festiwalu Hip-Hop Kemp jakieś sześć lat temu, nie wyróżniał się z tłumu, za to wyróżniał się na scenie. O czym on tam rapuje na epce macie napisane na okładce – foto – powodzenia. O życiu w mieście [w 2076 roku], o ciężkiej pracy, o różnych fobiach, o pewności siebie, o jaraniu drzewek i takich tam. Normalka. Gościnnie występują jeszcze większa ślamazarna oferma, czyli Sir Smurf Lil i ten dureń Kashmere, który znów rapuje o trumnach, gwoździach i bóg wie o czym jeszcze [psychorap].
Jehst jeśli chodzi o talent producencki jest chorym człowiekiem, choć jak sam mówi jego etyka pracy jest prosta: kick i snare. Śmierdzi to klasycznym Nowym Jorkiem, zwykły bas i perkusje, ale jakie to wszystko rytmiczne, jak on się uchował w tej Anglii! Takie "Ape Shit" (dzwoneczki jak w "Return Of The Crooklyn Dodgers") zapakowałbym w pudło, owinął papierem, wysłał gdzieś do Białego Domu i narobił niezłego zamieszania. Rytm cyka jak bomba. "Neck Breakin" to "santrak" do dyskoteki w świecie wyjętym z gry Fallout. Całość jest zimna, męcząca i mega ciężka, podejrzewam, że większość słuchaczy nie da rady [taki trik]. El-P byłby zazdrosny i schowałby się do szafy, a DJ Premier wrzuciłby "Work Ethic" na swój "Reality Check". W tle kilka sztuczek DJ’ów, bez podjarki, ale są. Trzeba docenić trud włożony w ten krążek oraz pozycję jako przez dłuuuugi okres czasu wyrabiał sobie na podwórku ten biały chłop. Kup to jeden z drugim.
Jeśli ćpasz ciężkie rzeczy / pracujesz w metalowej fabryce / urodziłeś się w 2034 roku to słuchaj tylko tego.

21 kwietnia 2009

Moka-T i Makul - wywiad



Moka-T (MC) i Makul (producent + nowy członek ekipy) – czy mówią wam coś te ksywki? Jeżeli nie to źle, bo ta dwójka zaliczyła ostatnio bardzo udany debiut na naszym ukochanym winylu. Ich płyty nie kupisz w kiosku, a wywiadu z nimi nie przeczytasz w pierwszym lepszym miejscu – zapraszam do lektury, aby dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy na temat utalentowanej dwójki o której z pewnością jeszcze niejednokrotnie będzie głośno!

Mówiąc szczerze to troszkę sytuacja wygląda tak, że wyskoczyliście nagle i to od razu na winylu - opowiedzcie może trochę o swoich początkach, jak to się wszystko zaczęło, z kim współpracowaliście, na jakich projektach się pojawialiście oraz jakie sami zrobiliście?

Moka-T: Witam! Sam początek świadomej styczności z rapem, selekcją tego co mi się podoba, a co nie - miał miejsce na przełomie 1994/95 roku, zaś próby zrobienia czegoś swojego to rok 1998. Dwukasetowiec Hitachi z Pewexu (lans) służył mi wtedy za studio. W sumie 2 traki, które jako pierwsze poszły w miasto, nagrałem z kolegą Jarkiem około 2000 roku (2 egzemplarze kaset, których nie mamy). Później powstała płyta składu Ewl, w których szeregi zostałem przyjęty, czyli rok 2001 – pierwsze demo (CD) EWL aka Ewolucja "I Wszystko Zaczyna Się Od Nowa” [w składzie MC’s: S Klasa, Gie (MC i producent), What?R (MC i producent), Cart1 (dziś Moka-T), deki: Simon, Okland]. Drugie demo (CD) puściliśmy w obieg w 2004 jako Versus Banda "Promo – cja" [w składzie MC’s: S Klasa, What?R (MC i producent), Mocart1 (dziś Moka-T), deki : Mixtura, Simon]. Po tym jak grupa się rozpadła, szukałem kozackiego beatmaker’a, jak się później okazało Makula, który nie dość że robi muzykę, która mnie jara (bez wazeliniarstwa Pawle [śmiech]) to jest do tego świetnym kumplem. Inne projekty, w których brałem udział to m.in.: Wersyfikacja – "Szyfr" (Skarland 2006), Herodsky On Tracks (Skarland/Kraków 2007), Gs – "La Cosa Nostra Mixtape" (Radom 2007), Deys – "Pro-Fill" (Skarland/Kraków 2008), Manifest MIXTAPE (Łódź 2008) oraz współpraca m.in. z DJ'em Vasquez’em (Kielce) i oczywiście z Makulem, plus pojedyncze kawałki na Myspace, jak ostatni "Nalot Vs Osad" feat. DJ KoutiCat.

Makul: Moje pierwsze próby z tworzeniem muzyki miały miejsce około roku 1992. Byłem wtedy szczęśliwym posiadaczem komputera Commodore-64 (mam go do dziś) i nie miałem żadnego programu do tworzenia muzy – więc pisałem programy grające jakieś wymyślone przeze mnie melodie. Potem przez krótki czas kombinowałem na Music Shopie, również na C-64. Po "komodorcu" przez krótki czas miałem Amigę 2000, i wreszcie przyszedł czas na PC. Tworzyłem na Scream Trackerze (robiło się w tym MODy, S3My itd.). Przełom nastąpił około roku 1995, bo wtedy żyłem już hip-hopem i kupiłem sobie kartę Sound Blaster AWE32 z całymi 2MB pamięci na próbki. Razem z kartą był progs MIDI Orchestrator Plus i na nim stworzyłem swój pierwszy, powiedzmy, hip-hopowy beat. Progs ten działa w porozumieniu z softem do budowy banków – Vienna Studio (jak niektórzy pamiętają Magik (R.I.P.) rymuje w jednym z kawałków "tak jak wav’y mam w Viennie"). Przez mojego dobrego kumpla Nawera poznałem Feel-X’a i od tamtej pory rozpoczęły się nagrywki z chłopakami z Mad Crew i nie tylko. Nie miałem wtedy planu na żadne demo, po prostu doskonaliłem się w robieniu bitów i urządzałem jakies luźne nagrywki i freestyle u mnie w domu. Potem poznałem Kosmiego i Anemika – dwóch bardzo dobrych MC's z Końskich, z którymi przez kilka lat nagraliśmy przynajmniej kilkanaście przyzwoitych kawałków, będących dziś klasykami na scenie koneckiej. Na przestrzeni lat powstało naprawdę dużo fajnych rzeczy, które kiedyś mam w planie wrzucić na moją stronę, jak tylko znajdę czas, żeby ją w końcu zrobić. Do tej pory, poza oczywiście naszą płytą z Adamem, oficjalnie wydałem tylko jeden kawałek wspólnie z DJ'em Bartem z Mad Crew, który ukazał się na płytce "Manewry Ciętego Dźwięku". Drugi kawałek jaki trafił do szerszego grona to mój bardzo świeży remix utworu Bisc1’a "Strange Love", który zrobiłem na konkurs Remix It! organizowany przez Radio Rewers. Udało mi się nawet zająć pierwsze miejsce [uśmiech]. Myślę, że fakt, że tak ociągałem się z wychyleniem się ze swoimi produkcjami przez tyle lat ma dwie przyczyny – lenistwo oraz perfekcjonizm. Rzadko jestem zadowolony ze swoich tworów na tyle, żeby je wypuszczać w świat. Nasz wosk to w dużej mierze zasługa Moka-T'a, który był motorem napędowym do jego powstania.



Rapujesz Moka-T na "majkach durnie, o których biją się wytwórnie" - kogo masz na myśli?

Moka-T: Odpowiadając na Twoje pytanie chciałbym zauważyć, że powyższy cytat dotyczy kawałka, który nie jest z płyty. Tekst tego numeru był pisany dość dawno, kiedy to wytwórnie brały co popadnie, byle to było podobne do rapu. Mimo, że od tamtej pory trochę minęło, to słowa te nie straciły za wiele na znaczeniu. Biorąc pod uwagę rynek mainstreamowy, nie tylko w naszym kraju, ale i na całym globie, można zauważyć zjawisko "rapu dla mas". Kiedyś pracowałem w pewnej firmie, gdzie wkoło panie po 40-stce, (słuchające Zetki, Eski czy innego szumu przez 8h dziennie), wychwyciły receptorami słuchu pseudo rapy. Stwierdzenie dla mnie szokujące – "fajna ta mówiona muzyka, kupię dziecku płytę na urodziny". Pytasz kogo mam na myśli – włącz radio czy TV, polską czy zagraniczną, a zapewniam, że w ciągu godziny trafisz na ten dziwny, "przekoloryzowany hiphop"... Czekam na opcje w stylu np. MC XXXYZZZ, muzyka i słowa: Jacek Cygan, gościnnie Zbigniew Wodecki. Oczywiście są wyjątki (jak Stones Throw, ABB czy nasz polski Asfalt – bo sami wiemy co wyszło pod ich szyldem), gdzie ludzie odpowiedzialni za to co idzie w obieg są w tym od lat i podejrzewam, że sami kiedyś szukali takiego labelu dla swoich produkcji. Jednak samo słowo wytwórnia kojarzy mi się ze znacznie ograniczoną niezależnością. Nieważne co masz do powiedzenia, ważne żeby bujało każdego słuchacza, który nie zwróci nawet uwagi na to o czym mowa w kawałku. Ktoś, kto zapomniał po co to wszystko robi, gdzie celem staję się nie to co chcesz robić, a jedynie plik władków - jest durniem.

Czy nagrywając kawałki, które znalazły się na 12'' robiliście to wiedząc, że materiał ukaże się na winylu czy może pomysł z woskiem wyszedł jakiś czas po zarejestrowaniu wszystkiego, bardzo spontanicznie?

Moka-T: Pomysł 12'' pojawił się dużo wcześniej, kilka lat przed rozpoczęciem prac nad singlem. Sama selekcja tekstów i bitów wyglądała już bardziej "spontanicznie". W sumie podczas nagrywania zdarzało się, że trzeba było coś zmienić, a to w liryce, a to w bicie – oczywiście z myślą o tym, że już dany track znajdzie się właśnie na wosku.

Rozumiem, że Makul swoje produkcje opierasz w stu procentach na samplach - dobrze myślę?

Makul: Niezupełnie. Bardzo często zdarza mi się dogrywać jakieś melodie czy akordy na moim kontrolerze MIDI, korzystając przy tym albo z brzmień VST albo bezpośrednio z Reasona (który jest moim głównym narzędziem w produkcji). Na przykład kawałki na naszym wosku są skonstruowane tylko i wyłącznie z sampli, a w remixie Bisc1’a są i sample, i brzmienia reasonowe. Jak tylko warunki mi pozwolą mam zamiar zacząć wykorzystywać żywe instrumenty w swoich produkcjach (między innymi gitarę akustyczną czy pianino). Marzy mi się także kupno oryginalnego Rhodesa.



Co sądzisz o producentach, którzy samplują z MP3? Czy z miejsca uważasz ich za gorszych, czy może Tobie również zdarza się wyciąć coś z tego formatu?

Makul: Nie uważam ich za gorszych, nie brakuje beznadziejnych producentów, którzy samplują tylko z winyli. Dla mnie liczą się przede wszystkim umiejętności. To pytanie jest poza tym trochę śliskie – bo w sieci nie brakuje "empertrójek" kawałków zgranych z winyli. I jak wtedy na to spojrzysz – czy to sampel z winyla czy nie? W swoim życiu miałem okres, kiedy nie miałem dostępu do gramofonu ani płyt (kiedy wyjechałem za granicę) i samplowałem z CD lub MP3. Oczywiście staram się samplować tylko i wyłącznie z wosków, nic nie zastąpi tego cudownego, ciepłego szumu i delikatnego trzasku. Jeżeli ktoś ma kozackiego sampla w MP3 to lepiej niech zrobi kozacki bit z tym samplem niż go zostawi. Najważniejsze to nosić w sercu miłość do wosku, jak na ironię niektórzy samplujący z winyli nie mają o niej pojęcia.

Twoje bity są bardzo brudne, wręcz ponure - skąd czerpiesz inspiracje? Jacy producenci należą do panteonu Twoich ulubionych? Czy wśród polskich beatmakerów masz jakichś swoich faworytów?

Makul: Moja muzyka jest w pewnym sensie zlepkiem wszystkiego czym się jarałem przez różne okresy mojego życia. Z hiphopowych producentów moim odwiecznym wzorem jest DJ Premier, dalej Alchemist, Diamond D, Buckwild, Pete Rock, Da Beatminerz czy J Dilla. Ogromną inspirację dla mnie stanowią również przedstawiciele Bristol Sound jak Massive Attack, Portishead, Tricky, Statik Sound System, Purple Penguin, MOOD, Mandalay, The State Of Mind, Fruitloop, Crustation oraz starsze rzeczy z Ninja Tune typu Nightmares On Wax, Herbaliser, DJ Food, Funki Porcini czy Coldcut. Do tego LTJ Bukem, Ratman, EZ Rollers, Alex Reece, Roni Size itd. Jeśli chodzi o producentów w Polsce to Kut-O, Webber, Ostry, Metro, Magiera, Kixnare, Emade to ścisła czołówka jak dla mnie.

Utwór "Wylananabitykawa" został przykładowo nagrany w roku 2008, a więc ile czasu upłynęło od momentu postanowienia, że materiał ukaże się na wosku do ukazania? Czy trudno było ogarnąć sprawy wytłoczenia, dystrybucji, promocji samemu? Czy kolejne Wasze projekty także macie zamiar wydawać tylko na woskach, finansując wszystko z własnej kieszeni? Jakie macie wskazówki dla ludzi, którzy chcieliby wypuścić swoją muzykę na winylu?

Moka-T: Tak, numer został nagrany w 2008 roku, a dokładnie pierwszego tygodnia września 08’. Jednak tak jak wspomniałem w jednej z poprzednich odpowiedzi, sam pomysł wydania traków na winylu pojawił się wiele lat wcześniej. Realizacja projektu - od konkretnej wizji tego co miało znaleźć się na krążku, po odsłuch pierwszej już wytłoczonej płyty - trwała około jednego roku. Wiesz, nie jest tak łatwo uzbierać kabonę na wytłoczenie się z własnych środków finansowych. Nie mieliśmy presji czasu, że kolejny rok mija, a nasz plan na wosk ruszył się o 500 złotych. Studia, praca, dom... tym też się żyje na co dzień. Liczy się efekt końcowy. Samo wytłoczenie nie sprawiło nam większych trudności, bo jedyne co musieliśmy zrobić to przelew na konto Curved Pressings [śmiech]. Odnośnie problemów z dystrybucją i promocją... hmm... faktycznie z tym lekko nie jest. Jak widzisz, na okładce nie ma żadnej reklamy czy logo sponsora, co mogłoby delikatnie ułatwić nam szerszą medialnie promocję. Postawiliśmy na siebie i sami na tyle ile jest to możliwe, pracujemy nad dotarciem do jak największej grupy odbiorców. Zainteresowanie płytą jest, sama sprzedaż idzie swoim tempem. Kiedyś wspomniałem o wartości jaką jest SŁUCHACZ. Cieszy mnie, że nasz materiał kupują ludzie, którzy po pierwsze chcą go mieć, a po drugie, że są to właśnie osoby doceniające polskie wydawnictwa na wosku. Tak naprawdę to oni zapewniają nam promocję w swoim otoczeniu - promocja "MIĘDZYMIASTOWA" jak to zarymował Joka "do mieszkań się dostaję nie używając łomu,... sąsiedzi z twego pionu słyszeli mnie z balkonu". Kolejne nasze projekty na pewno będą pojawiać się na winylach i to mogę obiecać. Co do źródeł ich finansowania [śmiech]... nie znam się na tym kompletnie, mówiąc o obcym wkładzie gotówki... nie wiem jakimi prawami rządzi się sponsorowanie itp. Jeśli firma "żaluzje" chce dać z dobroci serca hajs na nasz rozwój, NIE LICZĄC na to, że wystąpimy jako "twarz firmy", bądź w kawałku wtrącę "bo te żaluzje są najlepsze, masz mieć właśnie je" czy np. na okładce płyty ja z Pawłem montujemy taki gadżet w oknie, to serdecznie proszę firmę "żaluzje" o datek na rzecz artystów [śmiech]. Wskazówki dla tych, którzy chcą wypuścić swój materiał na wosku – po 1 – niestety to kosztuje i trzeba uzbierać niezbędny kapitał, po 2 – wytrwałość w dążeniu do celu, po 3 – praca, cierpliwość i dobre traki.



Choć Moka-T rapuje, że "to gorący materiał" to chciałbym dowiedzieć się jakie są reakcje ludzi na ten projekt? Jak wyglądają pierwsze recenzje?

Makul: Ogólnie rzecz biorąc reakcje ludzi są bardzo dobre, zbieramy bardzo pozytywne recenzje od różnych osób, tych znanych i mniej znanych. Mamy też super komenty na Myspace, ale wiesz jak jest z komentami – jak ktoś ma napisać coś złego to po prostu nie napisze nic. Jeśli chodzi o jakieś oficjalne recenzje to nie pojawiła się (a przynajmniej o tym nie wiemy) jeszcze żadna traktująca o naszej płycie. To chyba najlepiej obrazuje zainteresowanie winylem w naszym kraju.

Moka-T: "Gorący" czytaj również jako "świeży". Gdy wyjmujesz coś z piekarnika czy zalewasz wrzątkiem kawę – możesz się poparzyć. Wyjęliśmy nasz placek z pieca, trochę się przypalił na czarno, ale o to chodziło [śmiech]. Zapraszamy do degustacji.

"PoJAZZd jednośladowy" - jak mamy rozumieć ten tytuł, i co ma wspólnego rower z Waszym rapem?

Moka-T: Pełna odpowiedź na Twoje pytanie jest wyraźnie opisana w tekście tytułowego kawałka. W skrócie: poJAZZd – ponieważ jadę na bitach opartych na samplach JAZZ’owych, poJAZZd czytaj jak pojazd – wehikuł, który umożliwia poruszanie się w terenie, w tym przypadku muzycznym, jednośladowy – kładąc igłę przy brzegu płyty obserwujemy jak jednym śladem (rowkiem) podróżujemy do końca "drogi". Czemu rower? – jeden z najprostszych przykładów pojazdu jednośladowego, do tego jak można zauważyć w tekście, jedna wielka metafora. Pedały, szprychy, rama, reflektory, koła, łańcuchy itd. mają dziś wiele znaczeń, które tu akurat odniosłem do tego co widzę w rapie i całej otoczce tego co jest z nim związane (wack MC’s, fanki [śmiech], jupitery, deki, woski, łańcuchy [śmiech]...). Rower nawiązuje do tekstu, a tekst do roweru – dlatego to jest na okładce, a nie my w wypożyczonym na jej rzecz jachcie u wybrzeży Jamajki. Ogólnie nie patrz na ten "poJAZZd" dosłownie i powierzchownie. W tekstach obu KAWAłków znajdziesz ukryte przenośnie i znaczenia, wystarczy się uważnie wsłuchać.

Dwie postacie wspomogły was w nagrywkach. O ile DJ’a Eproma chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, o tyle moglibyście powiedzieć parę słów o Studencie A.

Makul: Student A aka Marek Pędziwiatr to mój dobry kumpel ze Świnoujścia. Jest przede wszystkim kompozytorem i muzykiem jazzowym, aczkolwiek od początku zajmował się też robieniem klasycznych bitów hip-hopowych inspirowanych najlepszymi produkcjami z lat ’90. Uważam go za jednego z tych producentów w Polsce, którym udaje się osiągnąć to wspaniałe, brudne brzmienie i klimat. Odkąd tylko pojawił się pomysł umieszczenia na naszym wosku remixu wiedzieliśmy, że zrobi go Student A. Zachęcam wszystkich czytających ten wywiad do sprawdzenia jego profilu na myspace.

A jak wam się udało nawiązać współpracę z DJ'em Eprom’em i jak oceniacie jej efekt?

Makul: Z racji tego, że miał być to wosk chcieliśmy mieć na płycie DJ’a z najwyższej półki. Napisaliśmy maile do kilku czołowych polskich DJ’i. Eprom jako pierwszy odpisał, że bardzo podoba mu się to co robimy i chętnie się dogra. Oczywiście nie zastanawialiśmy się długo i skupiliśmy się na współpracy właśnie z nim. Muszę powiedzieć, że podszedł do tego bardzo profesjonalnie, nie musieliśmy za nim biegać i pytać, kiedy nam odeśle tracki. Oczywiście jesteśmy bardzo zadowoleni z efektu tej kolaboracji.



Kogo to pomysł, aby z tyłu okładki pojawiły się znaki drogowe? Czemu tak? Czy któryś z was uczy ludzi jazdy samochodem?

Moka-T: Znaki to mój pomysł, który zrealizował Wujot. Ogólnie celem okładki jest to, aby była w miarę estetyczna, czytelna i miała coś do przekazania. Wiesz, to jest tak, że Skarland i Końskie to naprawdę małe miasta. Znaki terenu zabudowanego i nazw miejscowości odnoszą się do patriotyzmu lokalnego, znak ruchu kołowego – nie trzeba chyba tłumaczyć jak obraca się wosk (mimo że strzałki na tym akurat znaku pokazują ruch w przeciwną mańkę [śmiech]), znak drogi rowerowej – nawiązuje do tytułu... plus nasze "logo" autorstwa Amper’a. Co do kierowców, prosimy nie prowadzić pod wpływem.

Spytam wprost, choć to trochę niegrzeczne – jak sytuacja ze sprzedażą? Ile sztuk już poszło?

Makul: Licząc z tymi, które są zarezerwowane to zostało nam około 100 sztuk.

Kończąc - w kilku słowach powiedzcie, czemu warto mieć Wasz wosk w swojej kolekcji.

Moka-T: Czemu warto go mieć?? Bo jest fajny. Ja zapytam, dlaczego jeszcze go nie masz?? [śmiech]. A na poważnie, moim zdaniem warto mieć ten wosk choćby z racji tego, że jest to właśnie wosk. Dodam, że jeden z nielicznych wydanych w podziemiu. Masz na nim dwie acapelle, co jest rzadkością na polskich płytach, dwa instrumentale plus ładna oprawa – znakomity motyw na prezent, praktyczny do słuchania, skreczowania tudzież mixowania, tworzenia blendów itd. Jeśli ktoś z Twoich bliskich słucha dobrego rapu, to ta płyta powinna znaleźć się i tam (prawie jak w TV Mango [śmiech]). Po prostu dobra płyta!

Ostatnie słowo dla wszystkich czytających ten wywiad.

Moka-T i Makul: Wspierajcie polski winyl!

http://www.myspace.com/mokatimakul