Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lp. Pokaż wszystkie posty

7 października 2010

Mary Anne Hobbs - Warrior Dubz



Wykonawca: Mary Anne Hobbs - VA
Tytuł: Warrior Dubz
Format: 4xLP, 33 RPM
Wytwórnia: Planet Mu
Rok Wydania: 2006
Gatunek: Dubstep/Grime/inna elektronika

Strona A
1. Milanese vs Virus Syndicate - Deadman Walking
2. Benga - Music Box
Strona B
1. Andy Stott - Black
2. Amit - Too Many Freedoms
Strona C
1. Digital Mystikz feat. Spen G - Anti-War Dub
2. JME [Wiley Beat] - Pence
Strona D
1. Burial - Versus
2. Plastician feat. Shizzle, Fresh and Napper - Cha Vocal
Strona E
1. The Bug feat. Flowdan - Jah War
2. Terror Danjah feat. Mz Bratt + Bruza - Give It To 'Em
Strona F
1. Spor - Hydra
Strona G
1. Loefah feat. Sgt Pokes - Mud VIP
Strona H
1. DJ Distance + Crazy D - Worries Again
2. Kode9 + Spaceape - Kingstown [Vocal]

Tegoroczne wakacje upływały mi pod znakiem przyswajania różnych ustaw, marnowania wolnego od nauki czasu przed komputerem i poznawania nowych gatunków muzyki. Dzięki pierwszemu zapewniłem sobie miejsce na aplikacji (i kolejne 3+ lata edukacji - hurra), dzięki drugiemu pogorszenie wzroku, a dzięki ostatniemu - nową zajawkę i następnego pożeracza pieniędzy, których nie mam.

Jako fan grime'u i miłośnik brytyjskiego podejścia do muzyki w ogóle, nie miałem daleko do dubstepu i kiedyś musiał mnie on chwycić za serce. Stało się to niedawno. Zafascynowała mnie rytmika bliska typowo tanecznemu 2stepowi (tak mi się przynajmniej na początku wydawało), dubowa przestrzenność produkcji, mroczne brzmienie i różne smaczki typu wobble bass, o których nazwach dowiedziałem się z Internetu. Piękna sprawa przekopywać się przez jakiś gatunek od zera i móc cieszyć się nieodkrytymi wcześniej rzeczami. Wyobraź sobie, że dzisiaj pierwszy raz słyszysz "Illmatica" albo "Ready To Die". Fajnie, że jeszcze sporo takich eksploracji przede mną.

Dubstep to jednak dosyć młody odłam elektroniki, na dobre zaczął się gdzieś niecałą dekadę temu (więcej encyklopedycznych pierdół można łatwo znaleźć w sieci). Mary Anne Hobbs była dla niego mniej więcej tym, kim dla warszawskiego rapu była Bogna Świątkowska. Promowała w swoich audycjach na antenie ogólnokrajowego radia (BBC) podziemną elektronikę, stając się na dobrą sprawę matką chrzestną całego ruchu.

W 2006 zaprezentowała pierwszą ze swoich kompilacji, zbierającą top ówczesnego undergroundu. Wśród artystów znaleźli się - dzisiaj ikony dubstepu - Benga, Digital Mystikz, The Bug, Burial, czy Kode9. Oprócz nich parę innych ksywek - reprezentujących nie tylko dubstep, ale też grime, czy d'n'b. 14 tjunów (konwencja zobowiązuje do wymiany słownika) rozłożonych na czterech woskach, w ładnym gatefoldzie* ozdobionym komiksową erotyką.

Choć od premiery "Warrior Dubz" upłynęły zaledwie 4 lata, to wyraźnie słychać, że ta muzyka nie stoi w miejscu, ciągle się rozwijając. Na kompilacji dominuje surowość brzmień, minimalizm, czasem wręcz prymitywizm. Jest zimno, ciemno i wilgotno. Przy dzisiejszych produkcjach, pierwsza składanka pani Hobbs brzmi, jak (znów analogia do hiphopu) "Bacdafucup" przy "Late Registration".

Jest coś jednak w tym brudnym elektronicznym ragga od The Bug i Flowdana, w pierwowzorze "Wounder" z debiutanckiego LP Buriala i w bass-heavy kawałku Bengi. Świeżość, nonkonformizm, coś hipnotyzującego. Jeśli dziś tego nie czujesz - nie skreślaj, daj szansę za jakiś czas. Jeśli jesteś leniwy i nie zamierzasz szperać w jakiejś techniawce - poczekaj, aż to ja doszperam się do kolejnych czarnych placków i przybliżę je tutaj. Na tyle, na ile będę w stanie, wziąwszy pod uwagę moje lekko blade pojęcie w tym temacie.







* - reedycja nie była już wydana jako gatefold

14 lutego 2010

The Q4 - Sound Surroundings [2010]

Artysta: The QuadraphoniQuartet
Album: Sound Surroundings
Rok: 2010
Label: Project:Mooncircle / HHV.DE
Format: LP, 33RPM
Gatunek: Trip-Hop / Rap / Jazz / Blending Quality


A01 Intro
A02 One Of These Days
A03 Oscurous Angels (ft Curra Suarez)
A04 Demagogues (ft Pax)
A05 Look Again

B06 Goin' Down (ft Terryman)
B07 My Own Advice (ft Unorthadox)
B08 Pulse (ft BLS)
B09 Split Personality Pt II
B10 Trouble With Me
B11 Trouble Dub (Outro)


Skoro już blog budzi się z jesienno-zimowej drzemki to pewnie warto zająć się wydarzeniami najświeższymi gdyż jak wszyscy (?) dobrze wiemy nie ma nic lepszego niż odsłuch z winyla (winylu?) dobrej płyty zaraz po jej premierze, zanim jeszcze zdąrzyłeś odwiedzić rapidshop. Poza tym rozpocząłem tu kiedyś holenderską propagande (nie wciągając przy tym nic do płuc) i czuje sie zobowiązany ją kontynuować, zwłaszcza, że zostałem niedawno przez jednostkę propagowaną przekupiony podpisem z dedykacją. Ok, tyle durnego wstępu... Panie i Panowie przedstawiam Wam The Q4 aka The QuadraphoniQuartet w roli głównej Arts The Beatdoctor.

Na początek spory cios z półobrotu bo The QuadraphoniQuartet to... nie kwartet(?!) a trio (jeden zgubił się po drodze). Trio producenckie w którego skład wchodzą Arts The Beatdoctor, Sense i STW. Luz, ja też do tej pory nie miałem pojęcia kim są "ci dwaj pozostali", wiedziałem tylko, że Sense maczał palce (nie kładł palcy na kibord) w 'Split Personality' Artsa. O holenderskim geniuszu pisałem już tu i tu i jeśli Ty i Ty połknąłeś bakcyla na specyficzny Blending Quality okularnika z Utrechtu to z miejsca możesz słuchać tylko tego. Jeśli jednak twórczość Artsa jest Ci obca to dużo tracisz, no chyba, że to nie Twój klimat a ten jest tu kwestią pierwszoplanową i trzeba go lubić żeby go polubić. Ogólnie klimat większości płyty nie różni się za bardzo od dokonań solowych Atrsa, dalej mamy sporą żonglerkę często bliżej nieokreślonymi dzwiękami, zakurzone brejki przeplatane jazzowymi samplami oraz czychającą na każdym kroku (dzwięku) melancholie. Jednak w tym miejscu nawiązania do solowych dokonań Atrsa się kończą. Po pierwsze jest dużo mrocznej, ciemniej, może nawet smutniej, bardziej metafizycznie a z drugiej strony bywa dość mocno i energicznie (vel z pier*olnięciem). Słychać, że kawałki aranżowało troje a nie jeden, kompozycje są potrójnie do potęgi trzeciej rozbudowane często w zupełnie nieprzewidywalny sposób a i same sample wydają się być poszatkowane x 3. Po drugie płyta jest mocno zróżnicowana a mimo to cholernie spójna, wiem, że to wyświechtane stwierdzenie ale jak posłuchasz 3 ostatnich kawałków to będziesz wiedział o co mi chodzi (3 zupełnie różne utwory zlewają się perfekcyjnie w jeden motyw, coś pięknego). Chyba nie wyjde na ignoranta jeśli powiem, że z gości znałem wcześniej tylko Pax'a, który coraz bardziej (no homo) sie mnie podoba i jego wersy o tym, że ogólnie jest źle wybjają się na tle pozostałych 2 raperów na płycie (BLS dostaje + na zachęte). co do śpiewu, Terryman w najlepiej zaaranżowananym kawałku na płycie zjadł babke spiewającą jakimś nieznanym mi języku, co jest pomyłką. Gdzieś pomiędzy trakami pałęta się też jakiś DJ, czego nie uświadczysz u Artsa. Kończąc, nienawidze okładki nawet jeśli jest na niej Goapele (nie mów, że nie) a warstwa muzyczna broni sie sama.

Ciekawostka jest taka, że współwydawcą płyty jest niemiecki hhv.de. Nie wiem do końca o co chodzi ale szkoda, że sprowadza się to do tego, że tylko u nich można ją nabyć (czy sie myle?). Podsumowując, wydawnctwo posiadam od ok. 3 tygodni i odsłuch strony A do B to jakieś 1:6, fajerwerki są ale minimalne. Kup to jeśli jesteś Artsoholikiem lub po prostu lubisz dobry trip-hop a nie zawiedziesz sie. Chyba, że nie masz jeszcze Tongue N'Cheek to bierz Rascala, tak będzie dla Ciebie lepiej...





i jako bonus przepiękny kawałek z bitem Artsa z jakiegos mixtape



11 lutego 2010

DJ Revolution - King Of The Decks [2008]


Artysta: DJ Revolution
Album: King Of The Decks

Rok: 2008
Label: Fatbeats
Format: 2xLP, 33RPM
Gatunek: Rap


Label A
1) Intro ft. Jazzy Jeff
2) King Of The Decks ft. Sean Price & Tash
3) The DJ ft. KRS-ONE
4) Do My Thing ft. Guilty Simpson & Royce da 5'9"
5) LA DJ ft. Tony G
6) Funky Piano ft. Bishop Lamont, Crooked I & Styliztik Jones

Label B
1) The Big Top ft. Special Teamz
2) Start The Revolution ft. Boot Camp Clik
3) Scratch Nerds
4) Invaders From Planet Sqratch ft. DJ QBert
5) EY! ft. Joell Ortiz & Termanology

Label C
1) Casualities Of Tour ft. Rakaa Iriscience
2) Damage ft. Blaq Poet & Bumpy Knuckles
3) Willie Lynch ft. Styliztik Jones & KBimean
4) The Biggest Up ft. DJ Premier
5) Blow Da Spot ft. Strong Arm Steady
6) School ft. Planet Asia

Label D
1) Spit Ridiculous ft. Defari
2) Pro's & Con's ft. Evidence
3) Calling Haul
4) Man Or Machine ft. KBimean
5) The Set-Up ft. Sway & King Tech
6) The Re-Match ft. DJ Spinbad
7) Raided R ft. DJ Raid


Kiedyś tylko wierzył w dwunastki, zbierał je, skreczował chyba od 12 roku życia, produkował, grał imprezy i wszystko inne i jeszcze więcej rzeczy które złożyły się na całkiem niezłą drogę Samuraja, po której przejściu pozostało mu tylko ogłośić się królem deków...

Czy słusznie? wróćmy do 2005...jeśli mam dołeczek w brodzie to wcale nie 'po tacie' tylko po uderzeniu szczeką w podłoge po tym jak ktoś pewnego styczniowego wieczoru puścił mi ze starego gramofonu "In 12's We Trust" i powiedział "dobre gówno". Ja tego wieczoru nie powiedziałem już chyba nic, zbyt dużo myśli zaprzątało mi głowę 'to niemożliwe, gość czituje' 'musi tam wciskać jakieś tajne guziki'...

Jak na moje ucho był (jest) DJ Revolution pół-człowiekiem pół-skreczem. Stworem nacierającym na Ziemię z planety Skrecz o 20 rękach poruszających się szybciej niż japońskie pociągi. Przypuszczenia potwierdziły się w jakimś starym hangarze na Czechach w 2007, pamiętam jedynie jakieś totalne pie*dolnięcie mimo, że nie jadłem żadnych cukierków od obcych, pamietam powrót do namiotu o świcie, zakwasy w nogach i chyba na następny dzień widziałem roz*urwiny sufit (hangaru)...

Dj Revolution to postać nieprzeciętna. Po pierwsze to obsesyjny perfekcjonista, we wszystkim czego się nie dotknie słychać może nie rękę geniusza ale profesjonalizm połączony z latami ciężkiej pracy i świadomością swojej roli jako DJ'a w całym rap-obiegu. Po drugie mimo pełnego zaangażowania w swoje projekty cały czas zachowuje dystans i chyba świadomie trzyma się troszkę z boku nie robiąc wokół siebie większego hałasu, pozwalając wybitnym skillsom iść przed fejmem w czasach gdy rap często przypomina cyrk pełen klaunów... nie ma mowy o tajnych guzikach...

"King Of The Decks" to niejako kontynuacja do "In 12's We Trust, mamy re-match i ciekawe zakończenie motywu zaczętego na I12WT. Tym razem dostajemy jednak dużo więcej rapu i to na najwyższym poziomie, już sama tracklista powala na kolana. KRS powie Ci co to DJ'ing, Special Teamz wyśmieją rap-gre, Evidence przewinie jedną ze zwrotek życia (czyli jak zwykle), a DJ Premier i Jazzy-Jeff dadzą największe propsy, zresztą każdy kawałek to osobna historia a cały album tworzy zwartą całość. Od samego Revolutiona dostajemy genialną skrecz-kiwke (końcówka 'Funky Piano' - sic!), dopracowane i przemyślane cuty a czasami nawet jakiś spoken word, co połączone razem z prześmiewczymi skitami daje czytelny przekaz.

Podsumowując ten przydługi i totalnie subiektywny wywód, jeśli jeszcze nie miałeś okazji zapoznać się z Revem to uważaj na szczęke jak odpalisz cokolwiek sygnowanego tą ksywą. Jeśli tak jak ja odkryłeś, że totalnie nie umiesz skreczować to możesz wybudwować mu mały ołtarzyk, jeśli jeszcze nie słyszałeś "Survival Skills" to możesz zawiesić się na pierwszym kawałku...

25 stycznia 2010

Run-D.M.C. - Run-D.M.C.


Artysta: Run-D.M.C.
Tytuł: Run-D.M.C.
Format: Lp
Rok wydania: 1984
Wytwórnia: Profile Records
Gatunek: Old School Rap

Strona A
1 Hard Times
2 Rock Box
3 Jam-Master Jay
4 Hollis Crew (Krush-Groove 2)
5 Sucker M.C.'s (Krush-Groove 1)

Strona B
1 It's Like That
2 Wake Up
3 30 Days
4 Jay's Game



O Run-D.M.C. i ich wkładzie w rozwój całej kultury hiphopowej napisano naprawdę dużo. Dwóch MCs plus Dj, z zupełnie nową techniką nawijania puszcza pierwszy singiel w 1983 zwiastując długogrający album – „dwunastka” z „It’s Like That” i „Sucker MCs” narobiła sporo szumu na ulicach nie tylko Queens skąd owe Trio pochodzi. W roku 1984 wychodzi „pełnometrażowy” debiut self-title, płyta która stała się pieprzonym klasykiem po dziś dzień. Od razu w uszy „rzucają się” zamiłowania Darryla i Joe do gitarowych dźwięków, i na moje ucho „Rock Box” jest majstersztykiem, którym jaram się jak gówniarz nawet po tysiącach odsłuchów! O ile wspomniane „Rock Box” ma rozbudowaną sekwencję sampli, tak większość to „chłodne” i surowe brzmienie charakterystycznych drumsów z automatów perkusyjnych i krótkich ciętych „hitów” (producenci wiedzą ocb). Linia perkusji w „Hollis Crew” mnie rozpieprza (zresztą w tym kawałku jest sama perkusja), i te charakterystyczne „clapy”, podobnie sprawa ma się w „Sucker MCs”. Tu nie ma słabego jointa, no może z wyjątkiem „Wake Up”, które mnie drażni, brzmi mało „poważnie” – chyba przez te „cymbalsy” przeplatane z bębnami. „It’s Like That” – klasyczne old schoolwe gówno, które niszczy moje odsłuchy, zostało ładnie spieprzone w latach 90tych tym słynnym disco remixem, w ogóle nie umywającym się do oryginału, ale miało być klubowo więc jest. A na koniec płyty dostajemy chyba pierwszy zarejestrowany solo-kawałek Dj’a na płycie długogrającej - "Jay's Game". Paaanie jak ja się tym jarałem!! Tym trzeba się jarać, trzeba mieć zajawkę, bo już słyszałem parę głosów od młodszych słuchaczy, którzy napaleni opowiastkami o Old Schoolu i Run DMC trochę się przeliczyli. Co nie zmienia faktu że od tego albumu zaczęło się wiele karier i nie tylko Run-D.M.C. Klasyk w ch*j!



30 września 2009

Mayer Hawthorne - A Strange Arrangement



Artysta: Mayer Hawthorne
Tytuł: A Strange Arrangement
Format: 2xLP, 33 RPM + 4", 45RPM
Wytwórnia: Stones Throw / Fatbeats
Rok: 2009
Gatunek: Soul ;)

Strona A
01.Prelude
02.A Strange Arrangement
03.Just Ain't Gonna Work Out

Strona B
04.Maybe So, Maybe No
05.Your Easy Lovin' Ain't Pleasin' Nothin'
06.I Wish It Would Rain

Strona C
07.Make Her Mine
08.One Track Mind
09.The Ills

Strona D
10.Shiny & New
11.Let Me Know
12.Green Eyed Love


Bonus 4" 45RPM
A.Love Is All Right
B.When I Said Goodbye (Demo Version)



Pamiętacie pana od winylowego serduszka? Otóż soulowe alter-ego DJ Haircut'a z Athletic Mic League wydało ostatnimi dniami solowy album. Ok, soulowe to może za dużo powiedziane bo wielu znalazło sie takich którzy zarzucają mu brak profesjonalnych skillsów wokalnych i pare innych rzeczy chyba odnośnie tekstów. Jednak kto by się tam przejmował gadką krytyków kiedy od pierwszych do ostatnich dzwięków trwania albumu masz banana na twarzy?. "A Strange Arrangement" to stary-nowy soul, chwytliwy, z przymrużeniem oka, który robi ostanio zamieszanie jakiego pewnie sam pan Cohen nie spodziewał się zaczynając nagrywać te kawałki dla rodziny i znajomych. Dodatkowymi atutami są też na pewno sam znaczek Stones Throw oraz cała promocyjna otoczka prowadzona też z przymrużeniem oka i nie chodzi mi tylko o oldskulowy image tego twitterowego śpiewaka ale akcje typu "Dear Mayer" w której Mayer pomaga w miłosnych problemach jakby ukończył jakiś Handsome Boy Modeling School. Musisz też wiedzieć że chłop odwalił kawał roboty bo album napisał, zagrał i zaśpiewał sobie sam, tylko "Maybe So, Maybe No" to cover. Dobrze, że ta płyta wyszła teraz kiedy zaczyna sie jesień bo potrafi dobrze naładować energią gdy za oknem gra szósty kwałek.

Trzeba też przyznać, że DJ Haircut dobrze kultywuje zajawke na winyl i to nie tylko w klipach. Nie dość, że dostajemy dwa grube placki i bonus w postaci 4" (tutaj oficjalnie disuje mój oldskulowy półautomatyczny gramofon, ktory w miejscu gdzie zaczynają się kawałki na 4" usilnie wraca na początek płyty, słucham tego z jutuba) to jeszcze pierwsze 3000 sztuk ma okładke wytłoczoną jak skóra aligatora, co troche widać na drugim zdjęciu. To chyba z grubsza tyle, Ty możesz teraz tylko kupić, włączyć i klasnąć! i gwarantuje, że pomoże Ci przetrwać jesień.


20 lipca 2009

Wu-Tang Clan - Enter The Wu-Tang (36 Chambers)



Zespół: Wu-Tang Clan
Tytuł: Enter The Wu-Tang (36 Chambers)
Format: LP (12''), 33 RPM
Rok wydania: 1993
Wytwórnia: Loud Records
Gatunek: Rap

Strona A (Shaolin Sword)
Bring Da Ruckus
Shame On A Nigga
Clan In Da Front
Wu-Tang: 7th Chamber
Can It Be All So Simple
Protect Ya Neck
Intermission

Strona B (Wu-Tang Sword)
Da Mystery Of Chessboxin
Wu-Tang Clan Ain't Nuthing Ta F'Wit
C.R.E.A.M
Method Man
Tearz
Wu-Tang: 7th Chamber - Part II
Conclusion

9 listopad roku 1993 to bardzo ważna data w dziejach hip-hopu, muzyki i świata. Od tamtej pory zmieniło się wszystko, bo do gry przystąpił skład nie z tej Ziemi – Wu-Tang Clan. Pomysł powstał w głowie Geniusa, i w głowie Russella. Do ekipy dołączyli Roberta, i zaczęli poszukiwać kolejnych członków. Poszukiwania zakończyły się powodzeniem, gdyż do składu doszły takie osoby jak Ghostface, Rebel INS, Method Man, Rae i U-God. Warto dodać, ze pierwsza trójka (tzw. założycielska) jest rodziną. Podczas mistycznych zebrań postanowiono zrobić zrzutę na pierwszy sprzęt i wydanie singla. Każdy z ekipy dał po 100 dolarów i tak to się zaczęło. Na pierwszy ogień krytyki poleciał utwór "Protect Ya Neck". Krytyki? Singiel chwycił od razu i dwa dni później cały Nowy Jork mówił o zespole na "W" i jego charyzmatycznych członkach. Chwilę później podpisali kontrakt z Loud, i wydali klasyczny debiut. Boom!

Niesamowite zderzenie osobowości. Niektóre źródła podają, że w pierwotnym składzie było 9 członków, ale na okładce mamy wypisanych tylko 8. Nie wzięto pod uwagę Mastera Killer’a (Masta Killa), choć rapuję on w numerze "Da Mystery Of Chessboxin", który został nawet wypuszczony jako singiel, jako trzeci. Mózgiem operacji oczywiście jest Prince Rakeem, czyli RZA. To on wykreował brudne i szorstkie brzmienie grupy. Mocne bębny, minimalistyczne sample, cytaty z jakichś dziwnych filmów – tak, to są rzeczy kojarzone z Robertem (prawdziwe imię). Kolejną ważną postacią, i chyba najbardziej wyróżniającą się w tamtym czasie, jest Method ("it's the Method Man for short Mr. Meth"). Dostał on tutaj solowy numer do którego powstał pierwszy klip Wu-Tang Clanu. Dzięki wrodzonej charyzmie przez wielu słuchaczy został uznany za najważniejszą postać w zespole. Swoją pozycję rok później umocnił solowym albumem wydanym w Def Jam o tytule "Tical" – jego niezwykły talent będą mogli sprawdzić na żywo wszyscy tegoroczni Kempowicze; rekomenduję. U-God to przede wszystkim dzikie flow i głos przypominający bass. Rebel INS, czyli Inspectah Deck to raper, który jest zbyt mało doceniany imo ("Inspector Deck's on the set/ the rebel, I make more noise than heavy metal"). Raekwon w pełni skrzydła rozwinął dopiero na "OB4CL", gdzie ważną rolę odegrał również GhostFace. Najbardziej kontrowersyjną i szaloną personą wydaje się być w tym zestawieniu, świętej pamięci – Ol’ Dirty Bastard. Jego luzackie podejście do życia może przerażać, ale zwariowany styl rapowania budzi zachwyt każdego słuchacza. GZA wymieniony z tyłu okładki na końcu, to kolejna, wg mnie, bardzo niedoceniana postać. W sumie jemu chyba nigdy nie zależało na zbyt dużej grupie słuchaczy.

Klimat jest tajemniczy, chory. Tej płyty najlepiej słucha się w nocy w otoczeniu świec; najlepiej po gramie. Całość jest tak brudna, że chyba była nagrywana w piwnicy pełnej szczurów i kurzu, na sprzęcie mającym z 30-lat i ledwo nadającym się do użytku, który po skończeniu sesji został od razu wy****ny na śmietnik. Jest agresywnie – to nie jest płyta dla słuchaczy cukierkowego rapu. W tle przewijają się fragmenty filmów kung-fu, i te dziwne skity, i ogólny chaos zewsząd. Rap bliski ulicom i wszystkim szaleńcom. Gdybym robił film opowiadający o losach zakładu psychiatrycznego to pewnie rozpatrywałbym kandydaturę Prince’a na stanowisko głównego producenta muzycznego. Dla młodszych słuchaczy zaczynających przygodę z rapem płyta ta może być zbyt ciężkostrawna, ale znać trzeba koniecznie, bo klasyk pełną gębą. Styl artystów zainspirowanych mnichami z klasztoru Shaolin powinien znać każdy fan ambitnej muzyki, tak to widzę.

Większość produkcji, jak już wspomniałem albo nie, zawdzięczamy panu Bobby’iemu. W niektórych momentach pomogli: 4th Disciple, Ol' Dirty czy Method. W procesie samplingu wykorzystano m.in. film "Shaolin & Wu Tang", "Ten Tigers From Kwangtung". Bardziej wyćwiczone ucho wyłapię też dźwięki z dorobku takich artystów jak Labi Siffre, Zapp Band czy Sly & The Family Stone. Myślę, że RZA odebrałby to jako komplement, gdybym nazwał jego robotę dobrym syfem. Oprócz mocnych bębnów, minimalizmu, kosmicznych sampli, przeszkadzajek czy motywów azjatyckich, mamy tutaj też sample soul’owe. Bardzo często nasz producent sięga po krótkie partie pianinka – dość ważna cecha jego stylu. Poza tym, RZA rozpoczyna album wokalnie – to on jako pierwszy krzyczy "bring da motherfuckin ruckus". Wszyscy rapują tak jakby mieli zamiar zabijać za pomocą swoich samurajskich mieczy. Teksty są mocne, hardcore’owe wręcz – wu-tang banger, 36 styles of danger. W tekstach jest pełno przechwałek, celnych punchline’ów czy niebanalnych metafor. Chłopy są wiarygodne, czuć ich związek z ulicznym życiem – tak samo jak specyficzną chemię, między Raekwon’em, a Ghost’em w "Can It Be All So Simple". Gadka jest surowa jak cała reszta; na Kempie chciałbym zaśpiewać razem z Methodem refren "C.R.E.A.M" ("cash rules everything around me/C.R.E.A.M./get the money, dollar, dollar, bill y’aauhhauhhhhll") albo lepiej zarapować z nim cały utwór "Method Man" ("hey, u, get off my cloud/ u don’t know me & u don’t know my style/who be gettin flam when they come to a jam?...").

Wpadajcie na Kempa, żebyśmy wszyscy razem to zarapowali; prośba. Pod spodem macie pierwszy klip z obozu Wu-Tang, rzecz jasna powstał do numeru przed chwilą opisywanego (chyba zresztą już o tym mówiłem, ta skleroza). Fakt ten, chyba jasno pokazuje jak wysoką pozycję w hierarchii zajmuje Method. A teraz oglądamy teledysk:



Wu-Tang Clan Ain’t Nuthing Ta F’Wit!

18 czerwca 2009

E.U. - Da' Butt (From School Daze Soundtrack)





Artysta: E. U. "Experience Unlimited"
Tytuł: Da'Butt
Format: LP (12"), 33 1/3 RPM
Rok wydania: 1988
Wytwórnia: EMI
Gatunek: Funky/Go-Go.

Strona A:
1. Radio Mix
2. B-Boy Mix

Strona B:
1. Extended Soundtrack Version
2. 7" Edit - Radio Mix

Ostatni nabytek z tych, których nie spodziewasz się znaleźć. Wpadł mi w ręce przez całkowity przypadek. Cena 1 euro - nie mogłem nie kupić.
Kawałek to soundtrack z filmu Spike'a Lee "School Daze" w wykonaniu Experience Unlimited. E.U. to kluczowy zespół sceny go-go w DC. A go-go to styl łączący funky bass/latin perccusion/horns/key boards/guitars. Coś świeżego i rytmicznego idealne na deszczowe i przygnębiające dni takie jak dziś. Nie jestem jakimś znawcą tego rodzaju muzyki, ale zacząłem szukać i znalazłem trochę informacji, żeby przybliżyć wam trochę sylwetkę tego zespołu.
W latach 80 byli wielcy! Mieli siłę i moc, której brakowało innym zespołom. Byli dobrzy do tego stopnia, że nawiązali współpracę z samym Spike’m Lee, który nie wahał się użyć ich kawałka w swoim projekcie. Jednak to był w pewnym sensie kres ich kariery pod szyldem go-go. Było im bardzo ciężko wydać cokolwiek innego niż singiel.
Zaczęto przypisywać im etykietę R&B. Jedynym podobnym pod względem treści projektem, który udało im się wydać było "Livin' Large" (1989).
Sam utwór jest bardzo melodyjny, rytmiczny i skoczny. Jednym słowem maks imprezowy:
"Alright. Come on. Sing it one time
(Yeah-ee yeah. Yeah-ee, Yeah-ee, Yeah-ee Yeah)
Sing! Ow!
(Yeah-ee yeah. Yeah-ee, Yeah-ee, Yeah-ee Yeah)
Ha! Ha!"
Tak zaczyna sie track, który porwie każdego na parkiet. Strasznie jaram się b-boy version na stronie A, która jest mocnym punktem tego singla.
Co ciekawe kawałek miał taką popularność, że w latach 80-tych powstał taniec polegający na kręceniu tyłkiem... "shaking your butt"...
Podsumowując czasami warto wejść do sklepu z winylami i zaglądnąć tam, gdzie nigdy nie zaglądasz, a na bank to właśnie tam ukrywa się coś, co może być wartościowe właśnie dla Ciebie!

Atmosphere - You/Your Glasshouse



Artysta: Atmosphere
Tytuł: You/Your Glasshouse
Format: LP(12"), 33 1/3 RPM
Rok wydania: 2008
Wytwórnia: Rhymesayers Entertainment
Gatunek: Hip Hop

Strona A:
1. You (clean)
2. Your Glasshouse (clean)
3. Vanity Sick (clean)

Strona B:
1. You (unclean)
2. You (instrumental)
3. Your Glasshouse (instrumental)

Atmosphere - nikomu nie trzeba przedstawiać. Ikona gatunku. Legenda Rhymesayers.
Płytka, którą opisuję składa się z dwóch najlepszych kawałków z albumu "When Life Gives You Lemons, You Paint That Shit Gold". Album wybitny, do którego sięgam często i nigdy się przy nim nie nudzę.
Obydwa kawałki różnią się od siebie, jest to tak jak gdybyby ciemna i jasna strona Atmosphere. "You" opowiada historię kelnerki z przydrożnej restauracji, gdzieś w jakimś małym obskurnym miasteczku w US. Pracuje bo musi, jak większość ludzi wokół robi to czego nie chce, ale jest do tego zmuszona sytuacją. Treść tego kawałka przypisać sobie powinien każdy, bo każdy potrafi odnaleźć cząstkę siebie w sylwetce głównej bohaterki. Melodyjny kawałek z melodyjnym refrenem. Dosadna treść opowiadająca historię z życia codziennego – tak, tak to Atmosphere.
Drugi z utworów to bardziej "ciemna strona", przynajmniej pod względem muzycznym. Pamiętacie jeszcze tą laskę z pierwszego kawałka? Tak, to znów o niej. Po beznadziejnym shifcie w pracy wylądowała na imprezie i... budzi się tam gdzie nie powinna. Kac, wyrzuty sumienia. Dalej nie wie gdzie jest. Długo dochodzi do siebie, kilkakrotnie zwracając lunch z wczoraj. Typowy kawałek na hangover, który również bardzo lubię, bo ma coś w sobie - chyba treść. Ilu z nas może się pod nim podpisać???
Płytka zawiera wersje clean oraz unclean, jak i również instrumentale dla których w sumie kupiłem te LP.
Bonusowym trackiem jest "Vanity Sick", który dopełnia historię. I dobija mnie bitem. Dosadny i mocny, przepełniony siłą i idealnie dopasowany pod flow Slug’a.
Polecam każdemu, który zna, jak i nie zna twórczości Atmosphere.





12 czerwca 2009

Grace Jones - Nightclubbing



Artystka: Grace Jones
Tytuł: Nightclubbing
Format: LP (12"), 33 1/3 RPM
Wytwórnia: Island Records
Rok wydania: 1981
Gatunek: Disco

Strona A
Walking In The Rain
Pull Up To The Bumper
Use Me
Nightclubbing

Strona B
Art Groupie
I've Seen That Face Before (Libertango)
Feel Up
Demolition Man
I've Done It Again

Grace Jones to niewątpliwie multiutalentowana artystka. Ta amerykańska wokalistka, aktorka i jedna z najsłynniejszych modelek na świecie, to ikona popkultury lat 70. i 80. Kojarzona jest z oryginalnym stylem i wyrafinowanym smakiem, nie tylko jeśli chodzi o modę, ale tyczy się to również muzyki.
Grace to również symbol nocnego życia Nowego Jorku i gwiazda muzyki disco w środowiskach gejowskich Zachodniej Europy i USA.
Płyta "Nightclubbing" to jej piąty krążek. Pierwszy singiel "Demolition Man" został napisany dla niej przez Stinga, a kawałek znalazł się również na płycie "Ghost In The Machine" The Police. Drugi singiel "Pull Up To The Bumper" stał się hitem i jednym z najbardziej rozpoznawalnych kawałków pani Jones. Trzeci singiel "I've Seen That Face Before (Libertango)" to połączenie tradycyjnego argentyńskiego tanga z reggae'owym bitem. Natomiast tytułowy kawałek to cover piosenki Iggy Pop'a, a Grace przerobiła go we współpracy z David'em Bowie.
Płyta sprawia, jakby słuchacz przemieszczał się po nowojorskich klubach ówczesnych czasów. Wszystko przyprawione charakterystycznym, mocnym głosem Grace Jones. Całość krąży w klimatach disco, z małą domieszką reggae.

28 maja 2009

Krzysztof Zgraja - Polish Jazz vol. 64: Laokoon





Artysta: Krzysztof Zgraja
Tytuł: Laokoon (Polish Jazz vol. 64)
Format: LP (12''), 33 1/3 RPM
Wytwórnia: Polskie Nagrania
Rok wydania: 1981
Gatunek: Jazz / Free Jazz

Strona A
1. Luz Blues
2. Alex Funky
3. La Concha
4. W Oczekiwaniu Na...

Strona B
1. Laokoon
2. Fin De Siecle

Na łamach bloga Polish Jazzu jeszcze nie było... trzeba nadrobić zaległości, o tak! Ponieważ seria Polish Jazz dziś przez wielu uznawana jest za legendarną! To tu swoje wielkie muzyczne kariery zaczynali Urbaniak (ogromny sukces w USA), Stańko, Makowicz, Namysłowski czy wreszcie Komeda. "Astigmatic" Komedy, piąta część serii PJ, jest chyba najbardziej znanym albumem spod szyldu Polish Jazz. Dziś jednak zajmiemy się kimś innym. Krzysztof Zgraja, utalentowany polski jazzman grający na flecie. Flet + jazzowy groove = dobry kawałek muzyki. Przemaglujemy więc "Laokoon" z 1981 roku - Polish Jazz vol. 64. Nie jest to pierwszy album Zgrai w tej słynnej serii. Wcześniej nagrał "Alter Ego" w duecie z kontrabasistą - Czesławem Gładkowskim (polecam sprawdzić co Gładkowski na tej płycie wyczynia z kontrabasem!). Po duecie przyszła kolej na solo. Na albumie znajdziemy typowe, klasyczne jazzowe tematy ("Luz Blues",) totalne free-improwizacje ("Laokoon"), wolne chillout'owe ballady ("Fin De Siecle" - mój ulubiony utwór z płyty... od chill’u narasta do przeeleganckiego melodyjnego temaciku) czy nawet miniaturę porządnego funku ("Alex Funky")! Flet, poparty saksofonem gościnnie występującego Zbigniewa Namysłowskiego w utworze "La Concha" jest NIESAMOWITY. Strasznie przyjemnie słucha się tej płyty, która jak wspomniałem jest bardzo zróżnicowana, przez co bardzo wciąga. Przyznam się nawet, że "zripowałem" sobie ten album do mp3, bym mógł go mieć w przenośnym odtwarzaczu pod ręką. Bardzo ciekawa pozycja, którą szczególnie poleciłbym tym którzy chcą wbić się w jazzową zajawkę, a nie wiedzą jak się za to zabrać. Album bardzo przystępny nawet dla jazzowego laika. Jak traficie gdzieś w komisie czy innym antykwariacie to bierzcie w ciemno. Płytę można dostać za dosłownie kilka złotych. Polecam!

No i dodam, że na tej płycie można wyłapać sample, które ciął m.in. Adaś Ostry. 5!

15 maja 2009

Amy Winehouse - Back To Black



Artystka: Amy Winehouse
Tytuł: Back To Black
Format: LP, 33 RPM
Wytwórnia: Island Records/Universal Republic Records
Rok: 2006
Gatunek: Soul, Jazz

Strona A
1. Rehab
2. You Know I'm No Good
3. Me & Mr Jones
4. Just Friends
5. Back To Black
6. Love Is A Losing Game

Strona B
1. Tears Dry On Their Own
2. Wake Up Alone
3. Some Unholy War
4. He Can Only Hold Her
5. You Know I'm No Good (f. Ghostface Killah)

Pomarańczowa księga wiedzy pisze tak: "brytyjska wokalistka soulowa i jazzowa oraz autorka tekstów, obdarzona charakterystycznym ciepłym, ZACHRYPNIĘTYM głosem przypominającym wokal Macy Gray czy Janis". Ładnie pisze.

Dla branży rozrywkowej jej pojawienie musiało być sporym ciosem. Nagle na salonach, galach i pierwszych stronach gazet (gazet?) pojawiła się panna wyglądająca jak porwana z Halloween. Czym sobie zasłużyła do cholery?! Przecież Kim ma większą pupę, Paris jest bardziej pusta i ma super video, a Britney ponoć potrafi więcej wypić – no czym, pytam? Ćpać potrafi każdy, robić skandale też – z pudelkowego punktu widzenia Amy nie jest ewenementem. Ot, zwykła sezonowa gwiazdka z szopą na głowie.

Dla mnie osobiście pojawienie się Amy na scenie to ogromny powiew świeżości dla zapyziałego rynku mainstream’owego. Pierwszy mój raz z tą damą to jej kawałek z Ghostface’em, umieszczony pod koniec którejś jego płyty. SZOK! Zaraz potem natrafiłem na klip do "Rebab", no i już chciałem ją znać na pamięć (czyt. zakochałem się).

Jak już cytowałem wokal jest ciepły, ale równocześnie CHROPOWATY. Strasznie mnie to jara, i kiedy tym głosem śpiewa o odwykach to ja jej wierzę. Swoją wiarygodność zwiększa także bardzo bezpośrednimi tekstami. Coś jak panna z sąsiedztwa, która została wpuszczona do studia i zaczęła śpiewać to co czuję (soul muzyka duszy, tak?).

Chciałbym też zauważyć, że ta płyta jest bardzo rapowa, choć samo rapowanie jest tylko na końcu. Kto raz słyszał remix utworu "Rebab" w wykonaniu Jay’a ten za każdym razem słuchając tej petardy będzie myślał o fenomenalnym zagraniu rapera z Nowego Jorku. Innego giganta mikrofonowego z pewnością przypomnimy sobie kiedy Amy będzie śpiewała na temat pana Jonesa. W tekście do tego kawałka jest wspominany Slick Rick, a na samym końcu LP nawija szalony członek Wu-Tang – Ghostface. Remix rzecz jasna.

Płyta ta to także wielki sukces Marka Ronsona, nie wolno go ignorować. On miał duży wpływ na Amy, a materiał Amy jeszcze większy wpływ na jego karierę. Cztery utwory wyprodukował również Salaam Remi, ale to bez dyskusji temu pierwszemu należą się większe brawa.

"Back To Black" promowany był świetnymi singlami do których zrealizowane zostały zajebiste obrazki. Jakby tego było mało WSZYSTKIE co do jednego miały niezłą rotację nawet w polskich stacjach telewizyjnych o profilu muzycznym – zapewne znacie te widełka (gadam tym slangiem tak jak gadał Big L).

Idę wypić za powrót Amy!

28 kwietnia 2009

Jehst - Nuke Proof Suit





Wykonawca: Jehst
Tytuł: Nuke Proof Suit / Nuke Proof Suit Instrumentals
Format: LP (12"), 33 1/3 RPM
Rok wydania: 2005
Wytwórnia: High Plains Music
Gatunek: Rap Radio-nie-aktywny

Strona A
1. Vice City
2. Ape Shit
3. Nuke Proof Suit
4. Neck Breakin

Strona B
1. Magnum Force
2. Pepper Spray feat. Kashmere & Sir Smurf Lil
3. Hydroblowback
4. Work Ethic

Tym albumem chciałbym rozpocząć serię wpisów traktujących o rapie z Wysp. Scena ta jest tak samo różnorodna jak niedoceniana. Albo nie, raczej nie-dos-trze-ga-na. Bez zbędnych wstępów, lato zbliża się wielkimi krokami, za oknem słońce nie daje się wyspać, więc wypadało by napisać kilka słów o albumie, którego najlepiej się słucha w zimie.
Na tapetę bierzemy ostatnie wydawnictwo bohatera wyspiarzy, a mianowicie epkę Jehsta zatytułowaną "Nuke Proof Suit", którą można kupić w wersji normalnej, jak również z samymi instrumentalami. Wersja zwykła ma świetną żółtą okładeczkę, ta druga mieni się błękitem i jest jeszcze lepsza.
Mam słabość [no homo] do raperów, którzy lecą flegmatycznie, wręcz bełkoczą rapując swoje wersy tak, że zlewają się w jedno nie robiąc przerw między słowami. Może nie mają czasu. Cokolwiek, ważne, że hipnotyzują i nic się nie da zrozumieć, plus ten brytyjski akcent. Jehst właśnie tak rapuje, na dodatek ma chyba katar. Swoją zajawkę kultywuje już niezły szmat czasu, wychowując chyba z drugie pokolenie słuchaczy w Polsce. A pamiętam go na festiwalu Hip-Hop Kemp jakieś sześć lat temu, nie wyróżniał się z tłumu, za to wyróżniał się na scenie. O czym on tam rapuje na epce macie napisane na okładce – foto – powodzenia. O życiu w mieście [w 2076 roku], o ciężkiej pracy, o różnych fobiach, o pewności siebie, o jaraniu drzewek i takich tam. Normalka. Gościnnie występują jeszcze większa ślamazarna oferma, czyli Sir Smurf Lil i ten dureń Kashmere, który znów rapuje o trumnach, gwoździach i bóg wie o czym jeszcze [psychorap].
Jehst jeśli chodzi o talent producencki jest chorym człowiekiem, choć jak sam mówi jego etyka pracy jest prosta: kick i snare. Śmierdzi to klasycznym Nowym Jorkiem, zwykły bas i perkusje, ale jakie to wszystko rytmiczne, jak on się uchował w tej Anglii! Takie "Ape Shit" (dzwoneczki jak w "Return Of The Crooklyn Dodgers") zapakowałbym w pudło, owinął papierem, wysłał gdzieś do Białego Domu i narobił niezłego zamieszania. Rytm cyka jak bomba. "Neck Breakin" to "santrak" do dyskoteki w świecie wyjętym z gry Fallout. Całość jest zimna, męcząca i mega ciężka, podejrzewam, że większość słuchaczy nie da rady [taki trik]. El-P byłby zazdrosny i schowałby się do szafy, a DJ Premier wrzuciłby "Work Ethic" na swój "Reality Check". W tle kilka sztuczek DJ’ów, bez podjarki, ale są. Trzeba docenić trud włożony w ten krążek oraz pozycję jako przez dłuuuugi okres czasu wyrabiał sobie na podwórku ten biały chłop. Kup to jeden z drugim.
Jeśli ćpasz ciężkie rzeczy / pracujesz w metalowej fabryce / urodziłeś się w 2034 roku to słuchaj tylko tego.

14 kwietnia 2009

James Brown - The Best Of





Wykonawca: James Brown
Tytuł: The Best Of
Format: LP (12''), 33 1/3 RPM
Rok wydania: 1976
Wytwórnia: Polydor
Gatunek: Funk

Strona A
1. People Get Up And Driver Your Funky Soul
2. Say It Loud, I'm Black And I'm Proud
3. All For One
4. I Loves You Porgy
5. Fever
6. I Am A Creedy Man

Strona B
1. I Got A Bag Of My Own
2. Soul Power
3. Please, Please, Please
4. I Got You (I Feel Good)
5. Hell
6. When The Saints Go Marching In

Miałem godzinne "okienko" w zajęciach, i 10 minut drogi do komisu z woskami, i parę złotych w portfelu, co robie? No idę... Po kilku minutowym "diggingu" wynalazłem "The Best Of James Brown"!! W komisie w którym od 2 lat kopałem między Trubadurami czy innym Tercetem Egzotycznym, taki egzemplarz był wydarzeniem, hehe... bo kocham funk, i ze wstydem muszę przyznać, że od Brown’a na wosku jeszcze nie miałem nic... więc teraz już mam. Jak tytuł mówi, mamy tu "The Best Of". "Say Loud, I’m Black And I’m Proud", "All For One" (petardaaa!!) czy wyje*ane "Soul Power" są wszystkim baaardzo dobrze znane. Fajnie mieć na jednej płycie kilka tych najsłynniejszych jointów. Choć akurat "I Got You (Feel Good)" już było "obsrane" na 100 różnych sposobów w przeróżnych filmach, reklamach, itp., co strasznie wpłynęło na niekorzyść dla klasyka. Ale cóż, marketing to marketing. Z tego co tak polukałem po okładce, to akurat ta płyta raczej była przeznaczona na rynek (jeszcze wtedy) czechosłowacki, więc fajnie, że znalazł się ktoś i przywędrowała ona do mnie. James Brown In Memory Of!



4 kwietnia 2009

Common - Resurrection



Wykonawca: Common
Tytuł: Resurrection
Format: LP (12"), 33 1/3 RPM
Rok wydania: 1994
Wytwórnia: Relativity
Gatunek: Rap

Strona A
1. Resurrection (3:47)
2. I Used To Love H.E.R. (4:39)
3. Watermelon (2:39)
4. Book Of Life (5:06)
5. In My Own World (Check The Method) (3:32)
6. Another Wasted Nite With... (1:02)
7. Nuthin' To Do (5:20)

Strona B
1. Communism (2:16)
2. WMOE (0:24)
3. Thisisme (4:54)
4. Orange Pineapple Juice (3:28)
5. Chapter 13 (Rich Man Vs. Poor Man) (5:23)
6. Maintaining (3:49)
7. Sum Shit I Wrote (4:31)
8. Pop's Rap (3:22)

Wiem, że dla 3/4 słuchaczy Common to przede wszystkim "Be", zaś mi to tak średnio one wchodzi. Nawet "Electric Circus", gdzie Dee grubo maczał palce mi tak nie wchodzi. Z całej dyskografii najbardziej lubię stonowaną i "zczilowaną" "Resurrection" z '94 roku. Byłem zdziwiony, że taki klasyk był do kupienia w większości sklepów za niecałe 40zł, (dziś na DustyDiggers trzeba wyłożyć bodajże 79zł - kryzys? No chyba, że to 1st press, w co mocno wątpię).

W każdym bądź razie super produkcja. Za większość bitów odpowiada nieznany mi bliżej No I.D. Wiem tylko, że później wydał swoją solówkę, której nie słyszałem (a szkoda). A Common? Największych gentleman w rap-branży, swoim ciepłym flow prowadzi nas przez płytę, w nieco sennym klimacie, lecz przymiotnik "senny" nie będzie w tym wypadku negatywny. Nie każdy lubi mulące tracki, ale Ci co lubią się "poczillować" przy piwku, na pewno zostaną przy tej płycie. Płyta pod względem muzycznym utrzymana jest w bardzo klasycznej stylistyce. Posłuchaj "Book Of Life" to zaczaisz o co chodzi. Jazzowy sampel, gruba perkusja na reverbie - to jest to! Dopisać trzeba też, że większość płytki oskreczował kto? A no jeden z lepszych wyjadaczy adapterów, mianowicie Mista Sinista, tak tak, to ten ziomek z X-Ecutioners, a ich już przedstawiać nie trzeba.

Fakt, idzie teraz wiosna, więc tego typu płyty już nie będą miały takiego wzięcia jak np. w długie zimowe wieczory, na które nadają się IDEALNIE, lecz ja tak czy siak wracam co jakiś czas do tej płyty, ze szklanką zimnego Leszka.

A i taka ciekawostka, że jeszcze do tej płyty Common miał ksywkę "Common Sense", kiedy wyszło, że istnieje grupa o takiej samej nazwie, było już samo "Common". Na okładce pierwszego pressa widniało czerwone "Common Sense", na reedycjach było już tylko "Common".



3 kwietnia 2009

Kano - Home Sweet Home





Wykonawca: Kano
Tytuł: Home Sweet Home
Format: 3LP (12"), 33 1/3 RPM
Rok wydania: 2005
Wytwórnia: 679 Recordings
Gatunek: Rock, Grime, Hip Hop and more

Strona A
1. Home Sweet Home
2. Ghetto Kid

Strona B
1. P's & Q's
2. Reload It

Strona C
1. Typical Me
2. Mic Check remix

Strona D
1. Brown Eyes
2. Remember Me

Strona E
1. I Don't Know Why
2. Nobody Don't Dance No More

Strona F
1. What's The Problem
2. Signs In Life

Ma się to nijak do Jay'a Dee, ale wkrótce się poprawię, obiecuję.
Debiutancki krążek londyńskiego MC ostro namieszał mi przy pierwszym zetknięciu z nim, jakoś 2 lata temu. Wtedy moja znajomość brytyjskiej sceny była jak "ammmm, Streets, Roots Manuva, Dizzee, SOV, Skinnyman?". Miałem więc sporo radochy z odkrywania nowych dla mnie rzeczy, szczególnie jeśli idzie o grime. Mam zresztą nadal, ale nie o tym.
Kolejny przypływ zajarki brytyjskim rapem wymusił na mnie podzielenie się radością. Myrecordcrate w kategorii UK hiphop jest BARDZO uboga, więc wyboru właściwie nie miałem. Ale pozycja ta z paru względów jest dobrym przykładem. Po pierwsze to różnorodna płyta. Oprócz dźwięków typowo grime'owych, trochę gitarowych riffów, mocnych bębnów, otarcie o "słoneczne" brzmienia, elektronikę i smaczek 2stepowy.
Po drugie - Kano. Choć nie słychać tu jeszcze pełnych możliwości jego najlepszego-na-Starym-Kontynencie flow, to bawi się słowami, jest fajna technika i niezłe wersy. Tematycznie mamy przeplatankę przechwałek i niezbyt głębokich refleksji, a wszystko jest przyprawione osiedlowo-ulicznym klimatem (niestety, chyba ani razu nie pada moje ulubione "blud"). Za produkcję odpowiada m.in. sam Kano, Mikey J, Davinche, czy Diplo. Muzyka i brytyjski akcent - no słychać, że to album z Wysp.

Jako debiutant Kano nie uniknął wpadek. Obok takiego szlagieru, jakim jest "P's & Q's", znajdziemy też i całkiem bezpłciowe numery. Generalnie jednak materiał ukazuje potencjał 23-letniego wtedy MC.
Potencjał ten był na tyle potężny, że zaowocował wydaniem kolejnych dwóch albumów (te również na zdjęciu - przyp. red.) i szeregiem mixtejpów. Niestety żadna z tych pozycji nie ukazała się na wosku, co dla mnie osobiście jest ciosem. Jak potrafię zrozumieć brak funduszy w przypadku trzeciej płyty, wydanej własnym sumptem, tak zastąpienia przez 679 "London Town" 2LP kilkoma siódemkami nie mogę pojąć.
W sumie to mnie kusi, żeby poświęcić więcej miejsca zeszłorocznemu "140 Grime St", które było dla mnie zdecydowaną czołówką 2008 i mam na promo taśmie, więc właściwie nośnik analogowy (puszczam oczko), ale sobie daruje, dla zasady.

Nie daruję sobie natomiast jeszcze jednego przytyku w stronę wydawcy - 679. Wosk kupiłem na eBayu, a wychodząc z założenia, że posiadacz gramofonu powinien dostać więcej, nie doczytałem dokładnie tracklisty. Jaki jest sens wypuszczać album na 3LP, po 2 ścieżki na stronie i tym samym obcinać jedne z 2 lepszych numerów z wersji CD (mowa o "9 to 5" i "Sometimes" [!!!])? Na winylu dostajemy co prawda lepszy remix "Mic Check" i niedostępny gdzie indziej "What's The Problem", ale mi one straty nie rekompensują, szczególnie, gdy widzę na trackliście choćby "Remeber Me".

Mimo, że "Home Sweet Home" ustępuje pod względem różnorodności "London Town", a pod względem formy gospodarza i poziomu produkcji - "140 Grime St", jest to porcja godnej polecenia muzyki miejskiej z Londynu. A że jeszcze nabyta za cenę standardowego singla... Man.

Płytę promowało 7 (siedem, seven, sieben, cyem) teledysków, do znalezienia na kanale Kano. Ode mnie tylko 3, ulubione spośród nich.





30 marca 2009

Erykah Badu - Worldwide Underground



Artysta: Erykah Badu
Tytuł: Worldwide Underground
Format: 1LP (12"), 33 1/3 RPM
Wytwórnia: Motown Records
Rok wydania:
2003
Gatunek: Soul


Strona A:
1. Bump It
2. Steady On The Grind feat. Dead Prez
3. Danger
4. Think Twice



Strona B:
1. Woo
2. Back In The Day
3. I Want You
4. Bonus Track - Love Of My Life Worldwide


Tej pani nikomu przedstawiać nie trzeba.
"Worldwide Underground" to jej trzeci krążek, który jednocześnie rozpoczął moją winylową kolekcję. Chyba nieźle jak na pierwszy winyl.
Płytę znam na wylot, pewnie jak każdy fan pani Badu. Album idealny na leniwe popołudnia, a tym bardziej wieczory.
Najbardziej kojarzony z płytą kawałek to niewątpliwie "Love Of My Life", choć na krążku jest wersja damska, bo z gościnnymi udziałami Bahamadii, Angie Stone oraz Queen Latifah, a ta bardziej znana jest z Commonem, ówczesnym partnerem Badu.
Płyta ma jeden feler. Jest zdecydowanie za krótka. Poza tym to jedna z tych płyt, które mieć w swojej kolekcji należy, z resztą dotyczy to wszystkich albumów pani Badu.
Poniżej moja ulubiona wersja kawałka "I Want You", co prawda koncertowa, ale co tam



8 marca 2009

Mood - Doom



Zespół: Mood
Tytuł: Doom
Format: 1LP (12"), 33 1/3 RPM
Wytwórnia: TVT Records // Blunt Recordings
Rok wydania: 1997
Gatunek: Rap

Strona A
1. Esoteric Manuscript
2. Info For The Streets
3. Karma
4. The Vision
5. Tunnel Bound
6. Nuclear Hip-Hop

Strona B
1. Another Day
2. Sacred - Pt.I
3. Peddlers Of Doom
4. Millenium
5. Secrets Of The Sand
6. Illuminated Sunlight

Jeśli właśnie wyczyściłeś swój gramofon, to nie radze odpalać tej płyty... dzwięki są tutaj tak brudne, zadymione i zakurzone, że po przesłuchaniu będziesz latał ze szmatką po pokoju i ścierał kurze. W sumie nic dziwnego, bowiem "Doom" to opowieść pełna tajemniczych manuskryptów, sekretów ukrytych w piaskach pustyni i iluminacji, osadzona w realiach stanu Ohio w czasach złotej ery hip-hop’u, brzmiąca ciepło i klasycznie... ale do rzeczy...

Mood to trzech panów z Cincinnati: Donte, Main Flow oraz producent Jahson, którzy mniej więcej w połowie lat 90 postanowili, jak zapewne wielu z ich kolegów, pobawić się w raperów. Zabawa zaczyna się rozkręcać w 1995 roku, kiedy to w lokalnym radiu zaczyna latać ich kawałek "Hustle On The Side" wyprodukowany przez młodego Hi-Tek'a, którym zjednują sobie publiczność z rodzinnego miasta i co ważniejsze sympatie panów z Blunt Recordings. Jeszcze głośniej robi się, gdy na debiutanckim wosku tejże wytwórni pojawia się ich kawałek "Cincinnati" (znowu wyprodukowany przez Hi-Tek'a). Pod jej skrzydłami też w 1997 ukazuje się ich debiutancki i jedyny, jak na razie, pełny album - "Doom". Nie trudno się pewnie domyślić, że szlagierowy kawałek z płyty i zarówno pierwszą 12" z niej ("Karma") oraz tę lepszą (imho) część płyty produkuje im niezastąpiony kolega-od-bangerów DJ Hi-Tek. Wokalne wsparcie zapewnia im głównie Talib Kweli, i kto wie czy to nie właśnie przy produkcji tej płyty pierwszy raz coś nie zaiskrzyło między nim, a Hi-Tek’iem. Może Kweli, często wspominający o swojej sympatii dla Niny Simone zajarał się jak Tony Cortell sampluje jej "Don't Let Me Be Misunderstood" we wspomnianym "Karma"?

Wersja którą opisuje jest znacznie okrojona w stosunku do wersji CD, jednak istnieje tez inne wydanie tego wosku, co ciekawe, brytyjskie. Od wytwórni Cup Of Tea Records dostajesz nie jeden, a dwa placki, na których są wszystkie kawałki z wersji CD + mały bonus.

3 marca 2009

Run-D.M.C. - Raising Hell





Artysta: Run-D.M.C.
Tytuł: Raising Hell
Format: LP (12"), 33 1/3 RPM
Wytwórnia: Profile Records
Rok wydania: 1986
Gatunek: Old School Rap

Strona A
1. Peter Piper (3:25)
2. It's Tricky (3:03)
3. My Adidas (2:47)
4. Walk This Way (5:11)
5. Is It Live (3:06)
6. Perfection (2:52)

Strona B
1. Hit It Run (3:10)
2. Raisin Hell (5:31)
3. You Be Illin (3:26)
4. Dumb Girl (3:31)
5. Son Of Byford (0:27)
6. Proud To Be Black (3:14)

Czy tą ekipę trzeba komuś przedstawiać? Mam nadzieje, że takich nie ma. Bezapelacyjnie pierwsza super-grupa rapowa w historii, tak czy nie? No proste, że tak. Chyba nic od chłopaków u nas wcześniej nie było, więc czas najwyższy. Może zaczniemy od środka dyskografii, ale co tam. "Raising Hell" z 86 roku to multi-platynowy staroszkolny klasyk. Jako pierwszy album w historii promowany klipem w MTV, czy muszę pisać jakim? Oczywiście legendarne "Walk This Way". To, że legendarne nie znaczy, że akurat mi się podoba, choć fakt - był to kamień milowy, ale ten akurat utwór z gościnnymi Aerosmithami nie bardzo mi się podobał od kiedy go pierwszy raz usłyszałem. Za to "Peter Piper" jest dla mnie (i pewnie nie tylko) old schoolową miazgą! Mega banger! Trzeci krążek Run'a, DMC i Jam Master Jay'a to nie tylko te dwa super kawałki. Ten krążek pełen jest hitów, od "It's Tricky", przez pierwszy kawałek o butach "My Adidas" po "You Be Illin". Dla każdego co ma zajawkę na starą szkołę to polecam. Hehe... ale czy w wypadku takich krążków trzeba je polecać? No i wspomnieć trzeba, że w paru kawałkach chłopaki wspomogli się żywymi instrumentami, co jak na tamte czasy było nowością, np. można usłyszeć Jasona Mizell'a a/k/a Jam Master Jay'a za perkusją czy klawiszami.

A właśnie, wpadłem na to, że muszę sobie sprawić na wiosnę teraz, takie białe Top Teny Adidasa jak chłopaki nosili.

I na koniec Rest In Peace dla zamordowanego w 2002 roku DJ'a grupy Jam Master Jay’a.




Łona i Webber - Insert



Artysta: Łona i Webber
Tytuł: Insert
Format: 1LP (12"), 33 1/3 RPM
Wytwórnia: Asfalt Records
Rok wydania: 2008
Gatunek: Rap

Strona A
1. Insert
2. Bumbox
3. Świat Jest Pełen Filozofów (gościnnie Smarki)

Strona B
1. Co To Będzie? (gościnnie Paco)
2. Nic Tu Po Nas (pamięci Jacka Kaczmarskiego)
3. Nie Zostało Nic

Nie lubię polskiego rapu!
Taa... nie ma to jak dobrze rozpocząć opis polskiej płyty. Na szczęście w tej całej masie jest kilka pozycji, które cenię i które wręcz uwielbiam. Bogu dzięki istnieją jeszcze ludzie, którzy piszą mądre teksty, nie tylko o tym jakie życie jest ciężkie i do dupy.
Najnowsze dziecko Łony i Webbera - "Insert" - jak zwykle nie zawiodło. Płyta, którą kupiłam w ciemno, bez wcześniejszego przesłuchania, bo dla mnie Łona to jakość sama w sobie.
Bity nieskomplikowane, co kiedyś, przy wcześniejszej produkcji, jeden z moich znajomych zarzucił Webberowi, moim zdaniem idealnie pasują do rymów Łony. Może to tylko ja mam wrażenie, że gdyby bity były przekombinowane, wtedy teksty straciły by swój sens i, nie bójmy się tego słowa, głębię? Oczywiście nieskomplikowane, nie oznacza, że są proste, chodzi mi tu raczej o wszystkie tak zwane "dodatki". Nie ma tu tanich cykaczy, plastikowych bębnów i całego tego gówna... i chwała za to chłopakom. Mamy za to zajebiste sample i żywe instrumenty.
Płyta CD była wydana w dwóch wersjach: standardowej i limitowanej z kielonem. Mój winyl kielona nie posiada (czy ktoś w ogóle wie czy takowe były dostępne?), ale dla mnie osobiście to wielką stratą nie jest. Jasne, że miło byłoby położyć na półce kieliszek, który Webber własnoręcznie pomalował, ale stałby nieużywany, więc po co miałby się biedny kurzyć, skoro komuś innemu mógłby posłużyć. A jeśli zadajecie sobie pytanie, po co do cholery do płyty dodawać kielona... to odpowiedź macie już w pierwszym tracku.
Łona niechętnie zaprasza gości na płyty, o czym kiedyś już gdzieś rymował. Na tej płycie gości jest dwóch: w kawałku "Świat Jest Pełen Filozofów" gościnnie wystąpił Smarki, a w kawałku "Co To Będzie" nawinął Paco.
Mój ulubiony track? Hmm... wszystkie jak zwykle trzymają wysoki poziom.

1 marca 2009

Jay Dee - Pay Jay



Artysta: Jay Dee
Tytuł: Pay Jay
Format: LP (12"), 33 1/3 RPM
Wytwórnia: brak (bootleg)
Rok wydania: 2008
Gatunek: Hip Hop

Strona A
1. Diamonds
2. We F'ed Up feat. Frank-n-Dank
3. Remember feat. Bilal
4. Fight Club feat. Boogieman, Nottz
5. Creepin' On You

Strona B
1. Trucks
2. No One Knows
3. Drive Me Wild
4. Diary
5. Remember (remix)

Historia (rzekomo) wygląda tak. W 2001 śp. James Yancey nagrał ten materiał dla MCA, które najwidoczniej olało sprawę, wyrządzając dużą krzywdę hiphopowym głowom dookoła świata. To miał być chyba majorsowy debiut Jay'a. Best kept secret przestal być sekretem, kiedy na swoim blogu Kanye wrzucił "We F'ed Up" i wyjaśnił po części sprawę. Nic nie jest pewne na 100%, wszystko to niepotwierdzone oficjalnie plotki, więc chyba tym fajniej.
Materiał jest o tyle ciekawy, że poza jednym bitem nie ma tu produkcji Dilla Dawga (nie będę wszędzie dodawał "podobno", sami pamiętajcie). Są za to bity od Kanye'go, Nottza, Pete Rocka, Bink!a, ?uestlove'a i Karriema Rigginsa, Hi-Teka, Waajeeda oraz Supa Dave Westa. Doborowe towarzystwo, co? No.
Dilla sobie porapował. Zajawka tym większa, że Jay nie tylko rapował, ale fajnie rapował. Co prawda w większych dawkach słyszeliśmy go np. na "Champion Sound", ale to nie był solowy projekt. Poza konkursem, myślę, że możemy mówić o czołówce zeszłego roku. A już na pewno mamy do czynienia ze zwycięzcą w kategorii "najlepszy album roku 2008 nagrany w roku 2001". Wielka szkoda, że nie ujrzał oficjalnie światła dziennego, kawał dobrej roboty. Świetna produkcja, flow Jay Dee. Niestety najlepszy numer ("Diary") jest najprawdopodobniej niedokończony, bo trwa zaledwie niewiele ponad minutę.
Życzę sobie i wam zmasterowanej, porządnie wydanej wersji, a ten bootleg musiałem nabyć na wypadek, gdyby życzenie się nie spełniło. Od lutego 2005 szanse na nowe nagrania J Dilla'i tylko maleją. Demyt.