Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7''. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7''. Pokaż wszystkie posty

19 lipca 2009

Diana Ross - Chain Reaction



Artystka: Diana Ross
Tytuł: Chain Reaction
Format: singiel (7''), 45 RPM
Rok wydania: 1985
Wytwórnia: Capitol Records / EMI
Gatunek: Disco, Soul

Strona A
Chain Reaction

Strona B
More And More

Za oknem jest nieciekawie, a pozostali członkowie gangu MyRecordCrate lenią się, więc postanowiłem napisać notkę. W dzisiejszym odcinku naszego winylowego show, ponownie Diana Ross. Zapewne za chwilę jakiś anonim napiszę, że to żenada, bo nie kupiłem tej 7’’ w roku 1985 jak się ukazała ( i jak jeszcze mnie nie było na świecie) tylko parę lat temu, ale w sumie trzeba to olać. Fajnie chyba jest mieć wszystkie single od Diany w domu. Szpan, choć z tyłu nie ma loga Motown (poszło o pieniądze, choć kilka lat później pani Ross wróci do tego kolosa).

Zacznijmy od okładki, po której nie wolno oceniać zawartości placka, ale z powodu której winylek można nabyć. Czarne tło i piękna Diana. Generalnie chciałbym mieć zdjęcie z okładki w formie plakatu; bez wątpienia powiesiłbym go w swoim, małym kwadracie. Jeśli ktoś znajdzie takowy gdziekolwiek w sieci, to może dać mi cynk i ja pewnie postaram się go nabyć, bo jaram się bardzo mocno. Pozdrawiam autora (a może autorów?) zdjęcia - świetna robota. Jest jeszcze jedna wersja okładki, którą widziałem – z napisem "Diana Ross" zamiast "Ross". Ot, taka ciekawostka.

Nie mam zamiaru rozpisywać się na temat biografii, gdyż nie jest to 3-ligowa wokalistka, o której słyszało 20 osób, i która wydała jedną 12’’, i zagrała w życiu 3 koncerty na swoim osiedlu. Czyż nie tak? Jedna notka o tej damie już była, zaczęliśmy od największego przeboju, czyli "Upside Down". Teraz ruszamy 5 lat do przodu i zatrzymujemy się na singlu "Chain Reaction".

Stop.

Kawałek jest słodki jak tort urodzinowy. Pochodzi z albumu "Eaten Alive" i został puszczony w obieg w roku 1985. Wyprodukowane przez Bee Gees, którzy pomogli także wokalnie – ich podśpiewywania słychać w tle. Diana rozpływa się o głupotkach, czy tam o miłości, jak kto woli i robi to tak uroczo, że... sam nie wiem. Klasyk, wielki przebój na Wyspach – w Stanach nie zdobył nawet w połowie takiej popularności, nie rozumiem tego w sumie. Utwór wielokrotnie remixowany, samplowany m.in. przez Lily Allen ("Fuck U"). W roku 1986 znalezienie klubu w Wielkiej Brytanii, gdzie nie grali tego hitu, było niemożliwe. Nie dziwie się, buja jak lowrider. Jakby tego było mało to na stronie B jest zamieszczony kawałek "More & More". Też z tego samego LP, ten sam rok – z producentów pozostał tylko B. Gibb. Zmienił się klimat – już nie jest dyskotekowo; mamy tutaj balladę, czyli nastrojowe pianinko i głos bohaterki. Jest romantycznie – gdyby to do mnie kierowała słowa "I need you more and more", zjawiłbym się pod jej rezydencją jeszcze dzisiaj. Kocham ją.

Ostatni raz Diana znalazła się w studiu, by coś tam porobić na album "I Love You". Od roku 2006 żadnych nowych nagrań nie znam, szkoda.

"Eaten Alive" to fajny long play. Teledysk też lubię:

4 lipca 2009

Michael Jackson - Another Part Of Me



Artysta: Michael Jackson
Tytuł: Another Part Of Me
Format: singiel (7''), 45 RPM
Rok wydania: 1988
Wytwórnia: Epic
Gatunek: Funk, R&B

Strona A
1. Another Part Of Me

Strona B
1. Instrumental

Świat za*****ala; ja już przestałem płakać przy słuchaniu Michael’a, a w mediach wciąż o królu głośno. Głupio, by było kończyć na jednym singlu, czy nie tak? Dla mnie śmierć Jacksona to był prawdziwy cios w podbródek, i choć nie pojadę na pogrzeb to mam zamiar jeszcze trochę powspominać o zmarłym mistrzu na łamach strony (ładnie napisałem). Słońce za oknem i okres wakacji może nie sprzyjają specjalnie melancholijnym refleksjom, ale mimo wszystko spróbujmy. Oczywiście nie będzie tu biografii, bo to temat przewałkowany w ostatnich dniach strasznie – skupmy się na nagraniu "Another Part Of Me". Został on wybrany po długim namyśle i specjalnej naradzie zarządu MyRecordCrate, który swoją siedzibę mą na ulicy Winylowej 33/45 na planecie znanej tylko wtajemniczonym, której kosmolodzy nie odkryją jeszcze długo. Bang!

Prawda jest taka, i prawda jest jedna – Quincy Jones wyprodukował tzw. petardę (bum!). Zaczyna się grzecznie i niewinnie, ale po 8 sekundach nasze uszy atakowane są przez mocne i szybkie bębny, z agresywnym werblem na czele, który jest niczym dowódca kilkutysięcznej armii + pięknie zagrany bass, dodający całości niesamowitego uroku + ta gitarka (brawo Steve, oj brawo!), w której zakochałby się nawet Prince. Całość została fajnie zaaranżowana, nie jest to 4-taktowy loop jak w niektórych rapowych szlagierach. Podkład ma w sobie tyle energii, co Yarah Bravo (i jest piękny jak ona, uroczy jak ona, buziaki dla tej pani!), albo nawet i więcej. W produkcji usłyszymy brzmienie syntezatorów, i smyczków.... Jest funkowo, jest odlotowo – chciałoby się rzec. Głos Majkela sprawia, że mam ciarki na plecach. Śpiewa momentami jakby łkał, ale i tak robię "łał", gdy to słyszę. Śpiewa całym sobą, wkłada w wokal serce (głupia przenośnia). Na koncertach musiał robić piorunujące wrażenie (na żadnym nie byłem, a Youtube to nie to samo co uczestniczenie w takim wydarzeniu, prawda?). Pozytywny jest ten numer, przepełniony miłością – takiego Jacksona świat lubił najbardziej, chyba.

"Another Part Of Me" taken from MJ’s LP "Bad", ukazał się także na kasecie oraz CD – informuję nas tył okładki. Utwór ten pojawił się po raz pierwszy w filmie "Kapitan Świt" (oryginalny tytuł "Captain EO"), gdzie artysta był głównym bohaterem (znaczy podkładał głos, bo to chyba bajka). Filmu nie oglądałem, ale zapewne był spoko.

A oto obrazek:

28 czerwca 2009

Michael Jackson - Billie Jean/It's The Falling In Love



Artysta: Michael Jackson
Tytuł: Billie Jean/It's The Falling In Love
Format: singiel (7''), 45 RPM
Rok wydania: 1982
Wytwórnia: Epic
Gatunek: Dance, R&B, Funk, Pop

Strona A
Billie Jean (taken from "Thriller") 4:55

Strona B
It's The Falling In Love (taken from "Off The Wall") 3:46

Gdy zmęczony po imprezie usłyszałem, że Michael nie żyje to przynajmniej przez 15 minut złapałem totalną zawieszkę. Cios. Chyba już wszystko zostało napisane na temat tego kim był Jackson dla świata muzyki. Wielu artystów już się o nim wypowiedziało w mediach. Fani z całego świata płaczą, a ja postanowiłem, że opiszę coś z dyskografii Króla. Problem był taki, że nie wiedziałem co wybrać. Gdy już zdecydowałem, że będzie to mój ulubiony numer MJ’a, czyli "Billie Jean" to pojawił się nowy kłopot – gdzie jest moja 7’’ z tym kawałkiem? Szukałem długo – okazało się, że placek z tym szlagierem ukrył się w miejscu w którym powinien spoczywać "Beat It". Bałagan mistrza.

"Billie Jean" oraz "Beat It" pochodzą z "Thriller’a". "Get On The Floor", który jest na stronie B tego drugiego singla pochodzi z "Off The Wall". Tak samo jak "It’s The Falling In Love". A moim ulubionym LP od Michael’a jest "Bad". Czyżbym troszkę zamotał?

Kim jest Billie Jean? Z pewnością wiele osób zadawało to pytanie po usłyszeniu historii, wyśpiewanej na podkładzie kolejnego geniusza – Quincy Jonesa. Co lepsze, opowieść o paniusi i dzidzi jest ponoć prawdziwa. Bardziej niż życie osobiste znam hipnotyczną linię basu oraz nie dający się zapomnieć wokal głównego "bohatera" ostatnich dni. Gdybym pisał tą notkę tydzień wcześniej to pewnie bym się rozpisał na temat na 10 stron, a aktualnie nie wiem co dalej skrobnąć. Z każdą kolejną literką robi mi się coraz smutniej, i chyba pójdę zaraz spać. W sumie to coraz gorzej mi się słucha z tego wszystkiego tych fenomenalnych hitów. Starczy - nie potrafię przesłuchać 7'' do końca na tą chwilę. Jestem mięczakiem.

Nie zapomnę o tym gościu nigdy.

21 lutego 2009

Diana Ross - Upside Down



Artystka: Diana Ross
Tytuł: Upside Down
Format: singiel (7"), 45 RPM
Wytwórnia: Motown Record Corp.
Rok wydania: 1980
Gatunek: R&B, Funk, Soul

Strona A
Upside Down

Strona B
Friend To Friend

Diva na blogu, panowie zachowajmy się jak dżentelmeni. Od niej chciałbym brać lekcje stylu, i nie tylko, a jednym z większych marzeń jest to, żeby kiedyś zaśpiewała mi "Upside Down" na żywo. Najlepiej gdyby miała ciało z roku 1980 grając dla mnie ten prywatny koncert. Punkt przełomowy w jej karierze, w sumie to zaczynamy historię z panią Ross na naszej stronie od środka. Wielki przebój, chyba jej największy ze świetnej płyty "Diana". Energiczny podkład, elegancki aranż, mistrzowskie brzmienie - zaśpiewane z klasą jak na prawdziwą damę przystało. Jak odpalisz filmik poniżej albo co lepsze, tą siódemkę, to jedna prośba - nóg nie połam. Wyginaj się przy tym jak Diana podczas występu, gdzie na końcu wbił się Michael Jackson (jej dobry przyjaciel swego czasu). Mimo, że od premiery singla minęło 29 lat to i tak jest on wciąż świeży, aż to nie naturalne. W czasach kiedy hity R&B nudzą się po miesiącu szczególnie. Zresztą logo Motown to certyfikat jakości muzycznej, który uzyskali najwięksi czarni muzycy, ever! Na stronie B utwór "Friend To Friend" - spokojniejszy znacznie; ballada co świetnie się nada na przytulanki. Padam do góry nogami i odpalam kolejny raz. Kochana, śpiewaj!



29 grudnia 2008

Fat Boys - The Twist





Zespół: Fat Boys
Tytuł: The Twist
Format: singiel (7''), 45 RPM
Wytwórnia: Tin Pan Apple Records
Rok wydania: 1988
Gatunek: Rap Staroszkolny

Strona A
The Twist (Yo, Twist!) 4:00

Strona B
The Twist (Buffapella) 4:15

Nie umiem tańczyć Twista, ani rapować jak Twista, ale nie przeszkadza mi to w tym, aby w chwili obecnej słuchać siódemki Fat Boys o nazwie..."The Twist". Chłopaki nie robili muzyki po to, aby powiedzieć jak im jest ciężko (choć z pewnością było biorąc pod uwagę wagę - te rymy), ani po to, aby Cię zanudzać opowieściami o życiu. Ty, i Ty, i Ty - macie się przy tym bawić, tak jak grubaski podczas tworzenia. Aktualnie chłopcy, którzy swego czasu ważyli razem 350 kg, wczuwają się w jakieś castingi na trzeciego członka i planują swój powrót jak Molesta. Ciekawe czy w sylwestrze tegorocznym na jakiejkolwiek domówce poleci ten przebój z końcówki lat 80'. Gdyby ktoś chciał, abym mu pograł na zakończenie roku, bo akurat mam wolny termin, to może mnie wynająć tanio, a ja wtedy na bank puszczę ten winyl dla towarzystwa, aby sobie potupało nóżką. Do utworu dograł się Chubby Checker, ale nie na zasadzie, że go wycięto z innego nagrania, tylko serio się dograł. Buffy świętej pamięci sobie "bitboksuje", chłopaki na zmianę rzucają wersami, i co jakiś czas odzywa się pan od refrenu. Ty nucisz wspólnie z tym typem, kręcisz się na krześle i myślisz, żeby to włączyć jeszcze raz. Zajawka! A jeżeli nie wiesz jak się wykonuje tytułowy taniec (jak autor wpisu) to z tyłu okładki są kroki. Zajawka razy dwa! A na stronie B jest wersja o tytule "Buffapella", zgadnij który z tłuściochów w niej odgrywa główną rolę? Za sto punktów.

20 grudnia 2008

Raphael Saadiq - The Way I See It



Artysta: Raphael Saadiq
Tytuł: The Way I See It
Format: 7x7" BOX, 45 RPM
Wytwórnia: Columbia Records
Rok wydania: 2008
Gatunek: Soul

Winyl pierwszy
A: Sure Hope You Mean It
B: Just One Kiss (feat. Joss Stone)

Winyl drugi
A: 100 Yard Dash
B: Calling

Winyl trzeci
A: Keep Marchin'
B: Let's Take A Walk

Winyl czwarty
A: Big Easy
B: Sometimes

Winyl piąty
A: Love That Girl
B: Oh Girl

Winyl szósty
A: Staying In Love
B: Never Give You Up (feat. Stevie Wonder and CJ Hilton)

Winyl siódmy
A: Bonus Track: Oh Girl (feat. Jay-Z)
B: Bonus Track: Seven

Mam nowego Saadiqa na siódemkach! I tutaj mógłbym skończyć, bo ten wpis będzie gorszy, niż złamanie dwóch kończyn. Nie myślałem, że będę miał okazję się pochwalić tym cudem. Tzn. ja się nie chwalę, ja dzielę się spostrzeżeniami.
Czas został cofnięty w tym roku przez tego gościa z Oakland. Timberlake dostał po dupie, Ne-Yo to już w ogóle, za to Al Green ma nowego kolegę. Ja nie wiem. Nie wierzę trochę, że to są oryginalne kompozycje z 2008. Ten album nie brzmi, jak spłodzony obecnie. Melodie są bezbłędne, instrumentarium wypożyczone raczej z muzeum, feeling porównywalny z "Gdy jest już ciemno". Jay-Z dostał chyba od Raphaela w łeb przed nagraniem, bo poleciał, jak nie on, a współpraca z Joss Stone podobno miała kontynuację poza studiem albo może i w studiu (tak, czy inaczej czekamy na DVD - przyp. red.). I jeszcze Stevie na harmonijce, w numerze, który i bez tego jest idealny. DAMN!
Dziękuję mojej dobrej wróżce, że przyniosła mi taki prezent na urodziny. To znaczy, że mnie słucha (może czyta niespodziankę.pl też) i podobają nam się czasem te same płyty. Jeśli usilnie szukacie ze swoimi dobrymi wróżkami tzw. "waszych piosenek", to tych już nie możecie wybrać, bo one są NASZE. Mamy całą płytę wspólnych piosenek (tzn. ja bym wyrzucił tylko tę panią zawodzącą po hiszpańsku w "Calling"). A właściwie to mamy 7 płyt - na każdy dzień tygodnia mamy jedną siódemeczkę. Problem jest tylko taki, że gramofonu nie da się sterować pilotem i piękne chwile we dwoje trwają ok. 3 minuty. Po tym czasie trzeba wstać i zmienić stronę, dużo robienia ruchów ręką (jak Romek - przyp. Dizkreta).
Jeszcze jednym spostrzeżeniem się podzielę. Bonus track pt. "Seven", którego nie ma na innych wersjach płyty też jest świetny, fajnie zaśpiewany refren. Jako całość może trochę odstaje od reszty, bo nie jest tak melodyjny (dobra wróżka mówi, że brzmi jak na rozstrojonych instrumentach). W każdym razie teraz wyobraźcie sobie, że Saadiq to Kasia Cerekwicka. Na kolana.





Mój ulubiony utwór z płyty, nominowany zresztą do tegorocznych Grammy. Powodzenia Saadiq (przepraszam Alu Green'ie).

13 grudnia 2008

LeonRaz feat. Wes Restless / Smarshall Smatters - Ewolucja / Młoda Fokka



Artysta: LeonRaz feat. Wes Restless b/w Smarshall Smatters
Tytuł: Ewolucja b/w Młoda Fokka
Format: singiel (7''), 45 RPM
Wytwórnia: JuNouMi Records
Rok wydania: 2008
Gatunek: Rap

Strona A
1. LeonRaz feat. Wes Restless - Ewolucja (prod. Qbo) (scratch. DJ Feel-X)

Strona B
1. Smarshall Smatters - Młoda Fokka (prod. Dr. S.T.O.N.)

Przyznam, że ostatnimi czasy nie śledzę specjalnie tego, co dzieje się w rodzimym podziemiu hip-hopowym, dlatego też, przeglądając katalog jednego ze sklepów winylowych, pozytywnie zdziwiłem się widząc nową siódemkę od ekipy JuNouMi. Po zapoznaniu się z tracklistą miałem jedno pytanie - kto to kurwa jest LeonRaz? Zupełnie nowy dla mnie typ i od razu pojawia się na winylu, hmm, musiałem go szybko sprawdzić. Numer Smarka śmigał po necie na dobrych kilka tygodni przed oficjalnym ukazaniem się singla, więc chcąc nie chcąc już go znałem.

Ale do rzeczy, LeonRaz to krakowski raper, który spędził trochę czasu w największym polskim mieście - Chicago (o samym Leonie więcej juz niebawem), ta siódemka w pewnym sensie jest singlem promującym jego niedawno wydany album "1984, czyli płyta roku", gdyż "Ewolucja" pochodzi z właśnie tej płyty. Za bit odpowiedzialny jest lubelski producent Qbo i ze swojego zadania wywiązał się dobrze, bit nie wwierca się w głowę jak wiertarka Smarshalla ze strony B, ale jest dobrze, szczególnie, gdy zmienia się motyw na wejściu Wesa, całość skreczami okrasza weteran polskiego turntablismu DJ Feel-X. LeonRaz ma przyjemną barwę głosu, która jednak niczym szczególnym się nie wyróżnia, ma proste flow, które nie przeszkadza, ale też nie zapada w pamięć, miewa natomiast całkiem ciekawe porównania i gry słów jak np. "zdobędziemy szczyt bez haków i lin, but with these hooks & lines we gotta see ends" czy "to ewolucja o niebo krótsza niż przejście Jezusa do nieba przez krzyż...", chicagowskie wsparcie w osobie Wesa Restlessa wnosi sporo ożywienia, ale też nie powala na kolana. Stronę A podsumować można słowami "solidny kawałek", myślę, że warto zapoznać się z całą płytą Leona.

Przewracamy płytę na stronę B. Czasy, kiedy sam fakt obecności Smarkiego w danym kawałku podnosił mi ciśnienie dawno minęły, niestety. Gdy "Młoda Fokka" wpadła mi w ręce, nie chciało mi się nawet do niej dobierać, ot nie liczyłem na nic specjalnego. Musze jednak przyznać, iż Jotuer... sorry, Smarshall Smatters trochę się zrehabilitował za ostatnie, nie najwyższych lotów popisy (vide: mini-mix BRD SRC, feat. w kawałku Punchlove, feat. u Lilu). Dobra, po kolei, bit Stony... tzn. Dr. S.T.O.N.'a jest, no po prostu jest, tyle można o nim powiedzieć. Bądźmy szczerzy, średni bit, a jeśli z założenia miał nawiązywać do twórczości Dr. Dre'a to tym gorzej. Jednak głównym bohaterem tego numeru jest niewątpliwie gorzowski MC. Wszyscy doskonale wiemy, że nikt tak jak płeć piękna nie potrafi wkurwić, sfrustrować i wyprowadzić nas z równowagi, Smarki przedstawia sytuacje posuniętą do ekstremum, robi to tak, jak nie robił tego już dawno, czyli z dużą dawką humoru, na niewymuszonym luzie. Plus za eksperymentowanie z głosem, który od zawsze miał charakterystyczny, okazuje się, że można jeszcze sporo z niego wyciągnąć, choć w pewnym momencie odnoszę wrażenie, iż właśnie głos wymyka się Smarkiemu trochę spod kontroli. Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z luźnym, zabawnym kawałkiem, który, rzecz jasna, należy odbierać z przymrużeniem oka, nie wczuwając się w to jak wyszukane są rymy, gdyż dla wszystkich tych, których odrzucają złożenia typu "popołudnie / złudnie", "szpaka / draka", "knebel / szczebel", itp. nie będzie to instant classic. I jeszcze kwestia, która mnie nurtuje, Smarki "podpierdala" patenty na flow od Eminema, z czym się zresztą nie kryje (stąd oczywiście specyficzne ksywki), robi to fajnie. ALE, mamy schyłek roku 2008, polski hip-hop "istnieje" już od paru ładnych lat, czy to nie czas, by polscy raperzy zaczęli być bardziej kreatywni i oryginalni zamiast przeszczepiać pomysły głównie zza oceanu? Swego czasu w Kielcach chcieli zrobić Cypress Hill, Fisz myślał, że jest Mos Defem, Reno tłumaczył na polski amerykańskie punche, teraz Smarki jest Eminemem, a to tylko pierwsze z brzegu przykłady... chyba czas coś z tym zrobić.

Jako, że mowa o w miarę świeżej pozycji, która, jak sądzę, jest wciąż dostępna w pierwszym obiegu pojawia się pytanie – kupić czy nie kupować? Ja osobiście już przed jej nabyciem znałem oba utwory i siódemkę kupiłem niejako dla zasady, "z obowiązku" i przypuszczam, że każdy, kto kolekcjonuje winyle, zwłaszcza te polskie, których zbyt wiele nie wychodzi postąpi podobnie. Nie będę jednak tu pierdolił, że właśnie wyszedł singiel, o którym będzie się mówiło latami. Dwa na prawdę porządne kawałki, fajerwerków nie ma, ale mieć warto. Jeśli więc zastanawiasz się czy wydać hajs na jakiegoś Masseya czy paczkę szlugów i parę bronksów to dłużej się nie zastanawiaj i wesprzyj niezależną winylową wytwórnie, wzbogacając swą kolekcje o ten singielek dostępny tylko na wosku. Parafrazując i uaktualniając słowa Leszka powiem na koniec - kupujmy dobre polskie rap płyty!

Aha, Panie, pobłogosław serwis YouTube, dzięki któremu nasi Czytelnicy mogą sprawdzić stronę B nowej siódemki od JuNouMi Rec.

23 listopada 2008

Phil Collins - In The Air Tonight (' 88 Remix)



Artysta: Phil Collins
Tytuł: In The Air Tonight (' 88 Remix)
Format: singiel (7''), 45 RPM
Wytwórnia: WEA
Rok wydania: 1988
Gatunek: Pop, Soft-Rock

STRONA A:
1. In The Air Tonight (' 88 Remix)
STRONA B:
2. I Missed Again

Tak, tak - kiedy Gabriel odszedł z zespołu i Phil objął dowodzenie, to najwierniejsi fani brzmienia Genesis zaczęli oskarżać naszego bohatera o zbytnią komercjalizację. Genesis wciąż grało dobrą muzykę, ale bardziej celowali w pop - tak przynajmniej twierdzą niektórzy zwolennicy zespołu.

Karierę solową Phil zaczął właśnie od tego numeru, gdzie główną rolę odegrał Phil (cóż za niespodzianka), vocoder i automat perkusyjny. Cały utwór trzyma w napięciu, do momentu po ostatniej zwrotce, kiedy to perkusja zaczyna uderzać mocniej. Podkład przez większość czasu to plumkanie plus dźwięki, które mają tworzyć (i tworzą) mroczny klimat. Nad tekstem się nie będę zatrzymywał, bo chyba każdy słyszał o "miejskiej legendzie" – prac nad tymi wersami widziałem już całkiem sporo, więc sobie odpuszczę. Sam Phil nie wie za bardzo o czym jest tekst, więc po co ja mam się zagłębiać w jego tajniki? Wiadomo, że dużo w nim gniewu, i wiadomo, że Phil go pisał w chwili, kiedy przeżywał rozstanie się z żoną, a więc miał zapewne niezły bałagan w głowie.

Warto dodać, że jest to jeden z trzech numerów pana Collinsa, które powinny być znane każdemu (takie muzyczne "abc"). Dwa pozostałe to "Another Day In Paradise" i "Against All Odds". Ten o którym pisze był samplowany/remixowany m.in. przez Nasa ("One Mic"), 2paca, DMX'a, Joe Buddena, Sean Kingstona, Young Bucka, LL Cool J'a, Lil Kim czy Naturally 7 (znajdź sobie ich video w serwisie youtube – prośba). Utwór pojawił się także w serialu Miami Vice, w grze GTA, a nawiązywał do niego w jakimś tam nagraniu sam Jay-Z. Oto kilka dowodów na to, że jest on bardzo ważny, i nie znać go to wstyd.

Drugi wałek to "I Missed Again" z trąbkami w tle. Już nie tak wybitny i sławny jak jego kolega z poprzedniej strony, ale też dobry. Liryka mniej ambitna, po tytule łatwo się domyślić o czym. W 1981 jak wyszła płyta "Face Value" był on też na osobnej 7'', po 7 latach wpakowali go jako stronę B do "In The Air Tonight". W 1981 na "In The Air Tonight" na stronie drugiej był numer "The Roof Is Leaking".

Poniżej klipy do obu utworów (+ bonus):





17 listopada 2008

Barry White - You See The Trouble With Me / I'm So Blue And You Are Too



Artysta: Barry White
Tytuł: You See The Trouble With Me / I'm So Blue And You Are Too
Format: singiel (7''), 45 RPM
Wytwórnia: 20th Century
Rok wydania: 1976
Gatunek: Funk, Soul

STRONA A:
You See The Trouble With Me

STRONA B:
I'm So Blue And You Are Too

Cały dzisiejszy dzień chodzę i nucę sobie piosenkę tego pana ze strony A, bo co jak co, ale wpada w ucho, prawda? (prawda). Karierę muzyczną Barry W. (prawdziwe nazwisko Barrence Eugene Carter) rozpoczął zaraz po tym jak wyszedł z więzienia w którym ponoć mocno polubił jakieś nagranie Elvisa (inspiracja?), ale to jest nie istotne. Rozpoczął karierę i co? I zbił taką fortunę, że Ty, Ty i Ty pewnie nigdy takiej nie zbijecie na niczym. Hajs zgarnął dzięki niesamowitej pasji jaką wkładał w każde nagranie. Chyba większość jego utworów to wielkie dzieła, i jak sam przyznał większość traktuje o miłości (pisał tak w swoim pamiętniku, który ukazał się chyba w 1999 roku, kto nie czytał ten lamus).

"You See The Trouble With Me"? Funkowy podkład, który wgniata w glebę plus prosty tekst, plus głos naszego bohatera = utwór, który będziesz sobie nucił w domu, w pracy i wszędzie gdzie się da przez najbliższy tydzień jak tylko przesłuchasz. "I'm So Blue And You Are Too" jest kawałkiem o wiele mniej znanym niż ten ze strony A, choć wg mnie lepszym - odkryłem to niedawno. Brzmi bardziej ambitnie niż ten pierwszy, no i co jak co (pytanie do polonistów - powtórzenie, jakiego rodzaju to błąd?), Barry się sprawdza lepiej w klimatach soulowych niż funkowych, co potwierdzą wszystkie damy, które kiedykolwiek uprawiały seks przy jego balladach, o!

Tak na końcu (tzw. post scriptum), minęło już 5 lat od śmierci geniusza muzyki, smutne.

Drugie "PS" - jeżeli chodzi o "klip" do kawałka ze strony "bee", no to u mnie jest trochę inna wersja, trochę mniej długa.



14 października 2008

Va - Heartbeat Of Africa. Series 2 - African Folk Music



Artyści: społeczność afrykańska (z Kenii i Tanzanii)
Tytuł: Heartbeat Of Africa. Series 2 - African Folk Music
Format: 7'', 45 RPM
Wytwórnia: Sapra Studio
Rok wydania: prawdopodobnie lata 70'
Gatunek: afrykańska muzyka folkowa

STRONA A
1. Akamba
2. Abaluyia Group
3. From The Kikuyu People
4. Conch-shell Horn

STRONA B
1. Luo Troubadour
2. Masai Youths
3. Kuria Elder
4. Tiriki Musicians

"Już jako młokos, najbardziej lubiłem gdy murzyn bił w kokos" - powiedziałby szalony Afro Jax, a ja wam powiem, że od zawsze mam zajawkę na Afrykę. Kiedyś na bank się wybiorę, ale póki co przenieść się w te magiczne rejony pozwala mi ta nie mniej czarodziejska "siódemka".

Cała seria to w ogóle klawy pomysł. Ja mam wydanie na którym prezentowane są "największe hity" czarnego kontynentu. Na innych są np. pokazywane tradycyjne instrumenty afrykańskie, wariacje na perkusjach (błąd - bębnach), odgłosy zwierząt - gdybym miał wytwórnie to serio wydałbym to w jakiś fajny i logiczny sposób. W dodatku każdy volumin posiada inny kolor okładki, kozacko nie?

Normalny człowiek opisał by całość bardzo krótko - 12 minut nielogicznych brzdęków i jęków. Dziennikarz napisałby, że to istna kakofonia. Wg mnie zamieszczone na 7 calach utwory mają ogromny urok. Zdecydowanie nie jest to materiał dla każdego, spodoba to się tylko nielicznym, komu dokładnie nie umiem określić.

Pierwszą stronę rozpoczyna grupa Akamba śpiewająca w kółko ten sam tekst pod wyklaskany rytm. Zaraz potem mamy "mruczankę" przy akompaniamencie jednostrunowego instrumentu (say what?), śpiewaną jak to opisuje wydawca przez zadowolonych mieszkańców wioski późnym wieczorem. Kolejny utwór to pieśń wykonana przez kobiety na cześć jakichś wodzów, na samym końcu zaś jest kawałek zagrany przy pomocy instrumentu, który zwie się "conch-shell horn" (ładny rysunek poniżej).

Druga strona to mocne wejście trubadorów, którzy są ponoć na drugim miejscu w statystykach Kenii, jeżeli chodzi o ilość członków (przypominam, że Kenia liczy prawie 3 miliony ludków). Utworu drugiego nie pamiętam zbytnio, natomiast trzeci jest autorstwa jedynego reprezentanta innego państwa niż Kenia. Jednak spokojnie, nie odjechaliśmy zbyt daleko, bo śpiewający i grający tu Kuria Elder pochodzi z Tanzanii i wg ulotki zamieszczonej w środku śpiewa o tym co słychać w jego wiosce. Na końcu zamieszczony jest najfajniejszy kąsek - lud z zachodu Kenii śpiewający o swoim bydle do hipnotyzującego rytmu.

Reasumując, jak chcesz poczuć klimat Afryki bez ruszania dupska z domu to szukaj na Internetowych aukcjach (e-bej) wosków z Afryki rodem (a dokładniej zgranych w Nairobi). Haugh!

8 października 2008

James Brown - Living In America



Artysta: James Brown
Tytuł: Living In America
Format: singiel (7''), 45 RPM
Wytwórnia: Scotti Bros. Records
Rok wydania: 1985
Gatunek: Funk

Strona A
Living In America (produkcja Dan Hartman)

Strona B
Living In America (produkcja Dan Hartman)

Nie żyje w Ameryce, nie urodziłem się w Ameryce, ba! - nawet nigdy tam nie byłem. Nie przeszkadza mi to jednak w tym, aby mocno kochać muzykę Jamesa m.in za numer "Living In America", który wielu z was kojarzy za pewne z filmu Rocky IV (to ten z tym ruskiem). Funkowy joint, który do końca świata będzie kojarzył mi się z boksem (tak przypuszczam). Na stronie B jest instrumental. Tańcz do tego, śpiewaj, pukaj swoją pannę, trenuj, skacz - cokolwiek, ale jedna prośba - nigdy nie zapomnij o nagraniach pana Browna.

4 października 2008

Salt-N-Pepa - Let's Talk About Sex!



Zespół: Salt-N-Pepa
Tytuł: Let's Talk About Sex!
Format: singiel (7''), 45 RPM
Wytwórnia: Next Plateau Records
Rok wydania: 1991
Gatunek: Rap

Strona A - Original Recipe Side
Let's Talk About Sex (True Confessions Edit)

Strona B - Super Crispy Side
Let's Talk About Sex (Super Crispy Mix)

Trzy seksowne panie, które zrobiły pewnego rodzaju rewolucję w światku rapowym. Nikt się chyba nie spodziewał, że przez tak długi czas będą utrzymywały się na topie. Nikt się też nie spodziewał tego, że hitem stanie się ten numer - kawałek z konkretnym przekazem, bowiem track jest o bezpiecznym seksie. Trochę żałuję, że na tej "siódemce" nie znalazła się wersja z aids w tytule, ale co zrobić? Oprócz tego mamy tu wersję z innym podkładem (bardziej surowym) plus innymi tekstami (pojawiają się też wersy pewnego pana). Dla mnie klasyk nie tylko rapowy, lecz ogólnie muzyczny, który po prostu trzeba znać, i amen! No i przesłanie też ma bardzo mądre - nie zapominajcie o zabezpieczeniach, żeby magiczne trzy literki nie zamieniły się w cztery.