4 listopada 2009

Zeb.Roc.Ski - All City-Style Wars


Artysta: Zeb.Roc.Ski
Tytuł: All City-Style Wars
Format: 2x12", 33rpm
Wytwórnia: MZEE Records
Rok: 2000
Gatunek: old school breaks and beats

Strona A
01. Intro
02. All City (Maxi Verison)
03. Jon One Skit 1
04. All City (Instrumental)
05. Jon One Skit 2 0:28
06. All City (Bonus Beats)

Strona B
01. Quik Skit
02. Style Wars
03. Kase 2 Interlude
04. Style Wars (Instrumental)
05. It's All Destroyed

Strona C
01. First Train - Summer 73'
02. Never Stop
03. First Train - Summer 73' (Instrumental)
04. Never Stop (Instrumental)

Strona D
01. Seen Interview

Pierwszy był klip… Zobaczyłem go dawno temu na Vivie, miałem może z 14 – 15 lat. Leżałem po pachy uwalony we własnych odchodach. Dosadnie? Potęga!! Tytułowe „Style Wars” – Rozpierdol! Do genialnej muzyki genialny obraz, nie miałem pojęcia skąd to, co to, i węgle czemu, ale miałem mega ciarki na plecach. Potem zobaczyłem film. Coś pięknego. Kapitalnego. I w niedługo po obejrzeniu filmu w sieci znalazłem płytę Zeb.Roc.Ski – Style Wars.
Śmierdzi starą szkołą na kilometr. Kilka wyśmienitych brejków, mega biciki poprzerywane wstawkami i dialogami z filmu. A na koniec zajmujące całą stronę D interview z Seen’em, jedną z głównych postaci nowojorskiego graffiti, która wystąpiła w ów filmie, która maluje do dziś – to się nazywa pasja na całe życie. 1982 rok, New York City….
Muzyka jak i film – pozycja obowiązkowa dla każdego fana „prawdziwego gówna”.


7 października 2009

The Roots - How I Got Over



Zespół: The Roots
Tytuł: How I Got Over
Format: 12", 33rpm
Wytwórnia: Def Jam
Rok: 2009
Gatunek: Żywy Hip Hop O Czymś

Strona A
1. Clean
2. Dirty
3. Instrumental

Strona B
grawer

Kolejny dowód na potwierdzenie tego, że zwykle nie kupuję singli... Mhm, ale najlepszemu (obiektywnie) bandowi świata nie wypada odmawiać. Przynajmniej zbyt często. Od premiery ostatniego długogrającego krążka upłynął ledwo rok, a już odmierzamy czas do ukazania się "How I Got Over" i denerwujemy się, że ciągle konkretna data nie została potwierdzona oficjalnie. No przynajmniej ja się wkurzam.
Współczesny mainstream ma to do siebie, że nie można od niego wymagać zbyt wiele, bo go to przerasta, zamyka się w sobie i w konsekwencji zamiast petard, bomb i dynamitów dostajemy "eeee, są dwa fajne numery". Tak jest z... siedmioma nowymi albumami na dziesięć. W pozostałej, czystej i niezbrukanej trójce zawsze znajdzie się nowa płyta Rootsów. Mają choćby jeden słaby longplay na koncie? Nie, więc wszystko wskazuje na to, że w tym (zamknijmy oczy i zaciśnijmy kciuki) roku dostaniemy kolejną świetną produkcję od chłopaków z Filadelfii.
Mam mocny argument - pierwszy singiel zatytułowany tak samo, jak cały album. Ów argument zbudowany jest w następujący sposób. Dynamiczne bębny, za które odpowiada najfajniejszy gość z afro na świecie (obiektywnie); dalej - delikatna, melodyjna partia klawiszy; dosadny, ale krzepiący refren w wykonaniu Dice Rawa i jak-zwykle-trafne zwrotki mojego ulubieńca - Black Thoughta. A zwrotki są nie tylko zarapowane... Tariq, chyba pierwszy raz od czasu "Silent treatment", śpiewa na płycie i robi to dobrze. Brzmi, jak cholernie mocny argument, prawda?
Wyszedł chłopakom przesympatyczny numer z gatunku tych podnoszących na duchu. Jeśli życie cię dołuje, a serce pęka ze zmęczenia zmaganiem się z przeciwnościami - to jest numer dla ciebie. Jeśli jesteś estetą na stronie b znajdziesz wygrawerowane postacie muzyków. Możesz być także, jak ja, fanem dobrej muzyki i ładnych rzeczy, na które najczęściej cię nie stać i cieszyć się, że masz ten singiel w kolekcji.

Ladies & gentlemen, please welcome to the stage The Legen-, wait for it, -dary Roots Crew!


4 października 2009

MyRecordCrate - mamy już rok

Tak jest, dokładnie rok temu 3345 opisał tu pierwszą płytę - siódemkę Salt'n'Pepa. W parze z upływem czasu powinny iść zmiany, więc jeśli Ty, drogi czytelniku, jesteś przypadkiem grafikiem o dobrym sercu, to mamy dla Ciebie propozycję.

Podziel się swoją pasją tak, jak my dzielimy się naszą - dla zajawki. Prześlij na adres mejlowy widoczny po prawej stronie Twoją wizję naszego logo. Jakie mamy wymagania? Oczywiście nawiązanie do tematyki okołowinylowej i docelowo - wektor.

Póki co, autorowi najlepszego naszym zdaniem projektu nie możemy obiecać w zamian nic poza wdzięcznością i szacunkiem (czytaj: chcielibyśmy coś za friko, nie jak Grammatik).

Powiedzmy, że wstępny termin to koniec października, ale na odzew będziemy czekać do upadłego. Czekamy na propozycję, pytania i sugestie.

Pozdrawiamy,
Ekipa MyRecordCrate.

Mos Def & Talib Kweli are Black Star - Respiration




Artysta:
Mos Def & Talib Kweli are Black Star
Tytuł: Respiration
Format: 12"
Wytwórnia: Rawkus
Rok: 1999
Gatunek: Świadomy Rap

Strona A
1. album version radio edit
2. album version instrumental

Strona AA
1. flying high radio mix
2. flying high main mix
3. flying high instrumental

Nie sprawdzałem, ale dziś w Lublinie pogoda była chyba zbliżona do tej uwiecznionej na zdjęciach z okładki. Dodatkowo cały dzień się kurowałem w domu, więc jestem zły na wszystko. Pociesza mnie fakt, że to nie ja kupiłem Sonic Smash w ciemno (ale nie śmieję się). Kiedyś za to kupiłem sobie taką jedną dwunastkę.

Nie pociąga mnie raczej zbieranie singli, ale robię wyjątki albo ze względu na sentyment, albo na super wydanie, któremu nie mogę się oprzeć. "Respiration" Black Stara to zdecydowanie pierwszy przypadek, chociaż... w szarej kopercie bym go pewnie nie kupił...
Na stronie A znalazła się teledyskowa, lekko okrojona, wersja kawałka znanego z longplaya duetu. W zwrotkach brooklyńczyków i Commona (wtedy chyba już mieszkańca NY) znajdziemy opisy smutnej wielkomiejskiej rzeczywistości. I choć to Mos Defa uważam od zawsze za mocniejsze ogniwo ówczesnego Black Stara, to w tym numerze wersy Kweli'ego mocniej wbijają się w głowę. Cały numer brzmi, jak przestroga przed czyhającymi za rogiem przemocą, prostytucją i kradzieżami. Dużą w tym zasługę ma też klimatyczny, niespokojny bit Hi-Teka, uuu stary dobry Kajtek.
Jednak i tym razem b-strona wygrywa znowu (chociaż jest stroną aa - przyp. red.), bo zawiera rarytas, czyli coś, co powinniśmy dostawać zawsze, nabywając singiel. Tytułowy kawałek w remixie Pete Rocka i z gościnnym udziałem jednego z najlepszych MC wszechczasów, proszę Państwa, Black Thoughta z The Roots (brawa). Dwie całkiem nowe zwrotki gospodarzy, występ reprezentanta Philly, ślicznie plumkające pianino w tle i na deser śpiewający refren Mos. Ta wersja jest bardziej pogodna - produkcja Pete'a jakby mająca podnieść na duchu słuchacza. Ta wersja jest piękna.

Czy czegoś tu brakuje? Poza pełną albumową wersją "Respiration" - niczego. Definicja (one, two, three...) tzw. conscious hiphopu, jedna z najlepszych rawkusowych dwunastek i jeden z najciekawszych rapowych remixów. No a "escuchela, la ciudad respirando" to jedno z nielicznych zdań po hiszpańsku, które znam (próbowałem podrywać na nie koleżanki w liceum).

Jest już późno, nie piszę. Słuchaj, jak miasto oddycha.



3 października 2009

DJ Spinna - Sonic Smash



Artysta: DJ Spinna
Tytuł: Sonic Smash
Format: 2xLP
Wytwórnia: High Water Music
Rok: 2009
Gatunek: Rap do dupy

Strona A
Intro - Joc Max
Elemental - Sputnik Brown
Lyrics Is Back - Torae
Lights Out - John Robinson

Strona B
New York [Duck For Cover] - Jigmastas
Call Me Senor - Senor Kaos [z tyldą nad literą N]
Get On Down - Fresh Daily, Hommeboy Sandman & P.Casso

Strona C
Making Your Way In The World - Breeze Brewin' & J-Treds
Guaranteed - Phonte & Yazarah
More - Dynas

Strona D
More Colors - Elzhi
Melody - Shabaam Sahdeeq & Erik Rico
Still Golden - Tiye Phoenix
Outro
Dillagence - Phonte [z tym że ten numer wycięto bo czemu nie]

Ten album kupiłem w ciemno, znaczy przesłuchałem wcześniej numery z Phonte oraz Elhzi, które pomogły mi uwierzyć iż szykuje się kolejny majstersztyk spod ręki Vince'a Williamsa ale w ciemno, jak wszystko od DJ Spinna. Nie miałem najmniejszych powodów by spodziewać się choćby przeciętniaka, wszystkie poprzednie rapowe krążki sygnowane ksywa karaibskiego producenta łykam w całości z wypiekami na twarzy. Przy 'Intergalactic Soul' często zasypiam ale to nic tak ma być. No i bum, przyszło to coś mi do domu pocztą. Odebrało mi mowę jak rozpad Arrested Development, literalnie.

Jest czternaście powodów, które każą mi omijać ten album z daleka a właściwie to jedenaście, bo trzy kawałki są fajne. 'Making your way in the world' - bo rapują tam Breeze Brewin' do spółki z J-Treds, nie chciało mi się słuchać o czym bo to już grubo po połowie albumu i byłem zmęczony, znudzony. Przynajmnie dostali bit na jaki zasługują Indelible MC's - ciężkostrawny, mozolny kolos plus jakieś tam kobzy [chyba], dzieło żywcem wyjęte z końcówki "Funcrusher Plus'. Zaraz po nich perełka albumu czyli 'Guaranteed' w wykonaniu Phonte z Yazarah. No, nie ma co, PRAWIE 'Intergalactic Soul', z tym że nie. Mordercą albumu jest Elzhi, który ładnie maluje obrazy słowami-kolorami przy akompaniamencie szerokiej palety dzwieków [oh]. Tyle. W sumie sa dwa poważne powody, które negują ten album niech będzie: bity i rymy. Spinna chciał chyba nagrać rdzenny nowojorski surowy rap no i nagrał, z tym że słaby i nie wyszło jak miało. Wiele stracił z charakterytycznego stylu, którym wykraczał znacznie poza granice ogólnie rozumianego rapu. Coś mi mówi, że jeszcze 'Melody' z Shabaam Sahdeeqiem ma potencjał na numer z jajem. Wiekszość gościnnych udziałów to jakieś kompletnie nieznane mi postaci albo 'gwiazdki' aktualnej sceny amerykańskiego podziemia w stylu Torae, Jigmastas czy John Robinson, z tym że on jest aktualnie dobry. No i to na tyle dobrych wieści. Kto to k***rwa jest Senor Kaos, Homeboy Sandman albo Dynas? Lista gości, hm jest takie słowo, które nie za bardzo wiem co oznacza ale zauważyłem, ze jest często używane w pamiętnikach zachodnich bloggerów w celu wyrażenia swoich antypatii, mianowicie 'nullus'. Tak więc chyba to chciałem napisać podsumowując rapperów. Jeszcze jest Tiye Phoenix, najlepsza rapperka od nie wiadomo kiedy, której nigdy nie lubiłem poza występem na jednym skicie z albumu 'Break Glass'. Na dodatek usunęli z wersji winylowej hidden track "Dillagence' - swego rodzaju record seller, piękny tribute dla wiadomo kogo. Kompletnie nic z tego nie rozumiem.

Możliwe, że za jakiś czas do tej pozycji wrócę z tym że to niemożliwe. Na półce stoi tylko i wyłącznie z powodu wielkiego uczucia jakim darzę dotychczasowe nagrania DJ Spinna. Spieprzona robota. Dobrze, że razem z tym albumem przyszło mi dziesięć innych. Jeśli żyjesz na bezludnej, karaibskiej wyspie i masz tylko ten jeden album to nie słuchaj nigdy tego, wyrzuć. Udaj się wpław do najbliższego sklepu muzycznego i kup 'Tounge N Cheek' tak, to jedyne rozsądne wyjście. Nawet mi się nie chce szukać w jutubu jakiegoś klipu, wystarczająco sie namęczyłem przepisując traklistę, powiem więcej - każdy z was powinien mi po piwie postawić, że sie poświęciłem i wyskrobałem to ostrzeżenie: omijać, jest co najmniej dziesięć albumów z udziałem DJ Spinna, gdzie naprawdę pokazuje na co go stać.


30 września 2009

Euphrates - Commodore 64

O istnieniu tej dwunastki dowiedziałem się przeglądając pewnego razu mój ulubiony serwis internetowy discogs.com. Oczywiście chciałem od razu ją nabyć. Niestety okazało się, że albo 12tki nie było nigdy w sklepach albo została już wykupiona. Wiele tygodni potem przeglądając ebaya postanowiłem wpisać słowo „euphrates” do wyszukiwarki. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że ktoś to sprzedaje i w dodatku zafoliowane.

Euphrates to grupa z Kanady założona przez trzech Arabów, których rodziny wyemigrowały z Iraku. Trio składało się z rapera Narcy'ego oraz dwóch producentów: SandHilla oraz Noffy'ego Fannana. Wydali dwa albumy „A Band in the River” (2003) oraz „Stereotypes Incorporated”(2004) oraz z tego co mi wiadomo tylko jeden winylowy singiel. Grupa przestała istnieć w tragicznych okolicznościach. Mniej więcej miesiąc przed premierą drugiego albumu, Noffy Fannan uległ ciężkiemu wypadkowi samochodowemu w wyniku którego zmarł.

Styl Euphrates to świadome zaangażowane politycznie rymy oraz ciężkie beaty oparte w sporej mierze na samplach z muzyki arabskiej.

W „Comodore 64” Narcy opowiada o cyfrowej egzystencji, o tym jak wszystko wokół przesiąknęło digitalizacją, odejściu od Boga na rzecz maszyn, których jesteśmy niewolnikami. „Spiderhole”jest odpowiedzią na amerykańską propagandę odnośnie Iraku. „Mundane Sunday”odnosi się do montonii, rutyty, schematów życiowych dróg.

Dwunastkę dopełnia b side nie dostępny na cd „incorporated stereotypes” kawałek Omega Man na bicie Adama Sampler'a. Epka dedykowana jest Noffemu Fananowi.

P.s. Obecnie posiadam dwie sztuki. Czekam na konkretne propozycje.


A1 Commodore 64
Producer - Sandhill Productions
A2 Commodore 64 (Instrumental)
Producer - Sandhill Productions
AA2 Spiderhole
Producer - Sandhill Productions
B1 Omega Man
Producer - Adam Sampler
B2 Omega Man (A Capella)
B3 Mundane Sunday
Guitar - Dale Boyle
Producer - Vic Cabbage
B4 Mundane Sunday (SP Instro)
Producer - Vic Cabbage



Mayer Hawthorne - A Strange Arrangement



Artysta: Mayer Hawthorne
Tytuł: A Strange Arrangement
Format: 2xLP, 33 RPM + 4", 45RPM
Wytwórnia: Stones Throw / Fatbeats
Rok: 2009
Gatunek: Soul ;)

Strona A
01.Prelude
02.A Strange Arrangement
03.Just Ain't Gonna Work Out

Strona B
04.Maybe So, Maybe No
05.Your Easy Lovin' Ain't Pleasin' Nothin'
06.I Wish It Would Rain

Strona C
07.Make Her Mine
08.One Track Mind
09.The Ills

Strona D
10.Shiny & New
11.Let Me Know
12.Green Eyed Love


Bonus 4" 45RPM
A.Love Is All Right
B.When I Said Goodbye (Demo Version)



Pamiętacie pana od winylowego serduszka? Otóż soulowe alter-ego DJ Haircut'a z Athletic Mic League wydało ostatnimi dniami solowy album. Ok, soulowe to może za dużo powiedziane bo wielu znalazło sie takich którzy zarzucają mu brak profesjonalnych skillsów wokalnych i pare innych rzeczy chyba odnośnie tekstów. Jednak kto by się tam przejmował gadką krytyków kiedy od pierwszych do ostatnich dzwięków trwania albumu masz banana na twarzy?. "A Strange Arrangement" to stary-nowy soul, chwytliwy, z przymrużeniem oka, który robi ostanio zamieszanie jakiego pewnie sam pan Cohen nie spodziewał się zaczynając nagrywać te kawałki dla rodziny i znajomych. Dodatkowymi atutami są też na pewno sam znaczek Stones Throw oraz cała promocyjna otoczka prowadzona też z przymrużeniem oka i nie chodzi mi tylko o oldskulowy image tego twitterowego śpiewaka ale akcje typu "Dear Mayer" w której Mayer pomaga w miłosnych problemach jakby ukończył jakiś Handsome Boy Modeling School. Musisz też wiedzieć że chłop odwalił kawał roboty bo album napisał, zagrał i zaśpiewał sobie sam, tylko "Maybe So, Maybe No" to cover. Dobrze, że ta płyta wyszła teraz kiedy zaczyna sie jesień bo potrafi dobrze naładować energią gdy za oknem gra szósty kwałek.

Trzeba też przyznać, że DJ Haircut dobrze kultywuje zajawke na winyl i to nie tylko w klipach. Nie dość, że dostajemy dwa grube placki i bonus w postaci 4" (tutaj oficjalnie disuje mój oldskulowy półautomatyczny gramofon, ktory w miejscu gdzie zaczynają się kawałki na 4" usilnie wraca na początek płyty, słucham tego z jutuba) to jeszcze pierwsze 3000 sztuk ma okładke wytłoczoną jak skóra aligatora, co troche widać na drugim zdjęciu. To chyba z grubsza tyle, Ty możesz teraz tylko kupić, włączyć i klasnąć! i gwarantuje, że pomoże Ci przetrwać jesień.


20 września 2009

Parę słów od Metro, Guilty Simpsona i DJa Twistera...

Około miesiąc z kawałkiem temu przy okazji ukazania się pod szyldem Queen Size Records pierwszej siódemki, zapytaliśmy trójkę jej autorów o kilka rzeczy. Opieszałość w publikacji nie jest bynajmniej (uczymy młodzież używania tego wyrazu w Internecie) spowodowana kłopotami z tłumaczeniem obszernych wypowiedzi Guilty'ego. 3345, nasz dotychczasowy mózg i wszystkogarniacz (czekam na propozycje pracy od Plusa), przełączył się tymczasowo w stan offline, więc zaszły pewne zgrzyty organizacyjne.
Mimo wszystko nie wyszło tak najgorzej, bo wielkimi krokami zbliża się kolejne siedmiocalowe dziecko od Metra i Queen Size. Dla umilenia oczekiwania na jego premierę proponujemy przeczytanie naszych wywiadów (i jednego niby-wywiadu).


METRO

Zaczniemy standardowo – jak doszło do współpracy z Guilty Simpson’em i jak oceniasz jej efekt? Czy trudno było namówić Byrona do wspólnego numeru, i czemu akurat on został wybrany na osobę, która wspólnie z Tobą i Twisterem rozpoczęła serię winylowych 7’’?


Metro: Hmmm, jak doszło do współpracy? Standardowo, spontanicznie – próbowałem się dobijać do Simpsona, i po dwóch mailach odpuściłem, bo żadnej odpowiedzi nie uświadczyłem. Za kilka dni napisał do mnie Buff z Athletic Mic League z którym się do dziś kumpluję i oznajmił, że Byron bardzo chętnie nagra, że próbował mi odpisać, ale niby moja skrzynka nie przyjmowała wiadomości i takie tam bla bla bla. No i zaczęło się. Dlaczego on? Zawsze chciałem mieć kogoś z Detroit. Joint wyszedł fajny, luźny numer z handclap’em. Rzadko używam takiego czegoś, ale no… gra gitara i do tego o dziwo polskie sample. Twister klasa, Byron klasa, a ja sobie coś tam podłubałem.


Z jakich nagrań dokładnie wziąłeś sample, i czemu akurat one?


Nie powiem, tajemnica. Artysta ten na jednym albumie wgniata mnie w ziemię. Zdradzę, że to mega klawiszowiec.


Czy współpraca z Simpson’em będzie się rozwijać, planujecie wspólnie jakieś kolejne ruchy, czy jest to tylko jednoodcinkowy serial, który zakończył się w momencie wydania 7’’?


Raczej krótkometrażowy filmik, na większe produkcje po prostu nas nie stać.


Kolejną ważną nazwą w całym tym zamieszaniu jest wytwórnia Queen Size – jak na nią trafiłeś i jak przebiega Wasza współpraca? Jesteś z niej zadowolony, czy może jednak nie do końca label spełnia Twoje oczekiwania?


Wytwórnia jest do dupy, właśnie dziś zerwałem z nimi kontakt! (śmiech). A tak na poważnie, to z Wackiem i Radkiem znamy się od wielu, wielu lat. Pochodzimy z tej samej wsi, chłopaki obserwowali jak się rozwijałem, jak nagrywałem pierwsze kasety z rapem, potem domowe CD-eki, aż po pierwsze woski. Kilkanaście miesięcy temu wyjechali na Wyspy i pewnego dnia zaproponowali mi współpracę. Na początku mówiłem nie i miałem opory. Wiesz, ja taki trochę dziki jestem. Nadal uważam, że inwestowanie we mnie tyle hajsu, nie jest dobrym rozwiązaniem (śmiech). Chłopaki puścili w obieg ciężki sos i na razie jakoś się rap biznes kręci. Jestem na razie jedynym artystą w Queen Size Records. Czy dojdzie ktoś nowy? I don’t know – trzeba gadać z Radkiem i Wackiem. To moi ludzie, oni wspierają mnie, a ja chyba ich (śmiech). Jest dobrze. Myślę, że seria siódemek będzie mega, z resztą druga prawie w gotowości także szykuje się tłusty wrzesień.


A co ze sprzedażą 7’’? Jesteś takimi kwestiami w ogóle zainteresowany?


No jasne, jestem na bieżąco. Ogarniam polskie wysyłki, chociaż psia mać zagraniczne też mi się trafiły. No, na początku był zastój. Mówię sobie: „damn, co jest kurwa? Nie zadziałało? Nie chwyciło?”. A po kilku dniach jeb, paczka za paczką, indywidualni klienci, sklepy brały hurtowo także teraz mistrz. Zadowolony jestem – w sumie płyt niewiele zostało już. Trochę poszło do Niemców, na wyspach chłopaki pogonili kilka kartonów. Jest OK.


Na początku były połączone siły ludzi z Qulturap i Rockers Publishing, potem trafiłeś pod skrzydła Tytusa, aktualnie robisz materiał dla Queen Size Records – współpracę z którą wytwórnią oceniasz najlepiej?


No niestety, nie odpowiem Ci na to pytanie, bo każdy ma coś za uszami (śmiech).


Często, gdy się mówi o Twojej muzyce przywołuje się nazwę Stones Throw. Nie myślałeś nigdy o tym, aby wydać materiał u nich? A może lepiej – wysyłałeś im swoją muzykę?


Nigdy nie myślałem o tym. Może jak zrobimy siódemek trochę, to może wtedy – na razie podziałamy tutaj i w Europie, chociaż jak czarnym się podoba moja muzyka i niekiedy są zdziwieni, że ktoś tam gdzieś w jakiejś zapyziałej Polsce sieka takie tłuste bity, to coś jest na rzeczy. Ja wiem, że niekiedy ludzie myślą, że czarne małpy zarapują do wszystkiego, jak im się dobrze posmaruję zielonymi. Uwierz mi, nie jest tak.


Czy są jakieś nazwiska ze świata, które odmówiły współpracy z Tobą?


Nie, nie – źle mnie zrozumiałeś. Chodzi mi o to, że skoro czarni interesują się mną i chcą ze mną nagrywać single, bądź albumy tzn., że nie jest ze mną aż tak źle. Mówię, że jest takie durne przekonanie, że czarni nagrywają do największego gówna, jak im zapłacisz. Na szczęście wśród afro amerykanów problemów nie miałem, ale wielu w Polsce rap graczy spuszczało mnie z wodą, ale pieprzyć to. Na pewno nie pojadę im jak Chylińska nauczycielom, że fuck off. Nienawidzę was wszystkich (śmiech). Nie, nie u mnie agresywność!


Aktualnie wciąż jesteś olewany przez polskich rap graczy, czy te czasy minęły wraz z ukazaniem się „Antidotum”?


Teraz ogólnie nie uderzam już do polskich raperów. Tych których szanuję i lubię to z nimi mam kawałki. Jednej kolaboracji nie mogę przeboleć, ale może kiedyś. A tak to odkąd nagrałem pierwszy numer z kimś zza granicy, powiedziałem sobie, że z rodzimymi artystami dam sobie na jakiś czas spokój, choć nowy Afront, by się przydał (śmiech).

I zapewne nie zdradzisz mi jakiej kolaboracji nie możesz przeboleć? Może, gdy ta osoba/osoby to przeczytają same się do Ciebie zgłoszą?


Zapewne nie zdradzę, ale czy te osoby się zgłoszą? Hmm, może, ale nie napalam się jakoś szczególnie. Mam teraz tyle na głowie, że nie mam czasu na muzykę – kiedyś to się siedziało, po kilkanaście godzin dziennie, teraz raptem kilka w tygodniu.


Odnośnie Twojej pracy w radiu – pytaliśmy o Twoją audycję w naszym konkursie, i tylko około 10 osób znało poprawną odpowiedź. Wśród niepoprawnych padały takie nazwy jak Trójka czy Radio Rewers – może warto, by było nawiązać współpracę z tymi markami?


Wiesz, ja z Trójką nie muszę wchodzić we współpracę, a to dlatego, że jestem dziennikarzem polskiego radia w Opolu. Moje materiały, „paszczo dźwięki” można niekiedy słuchać na falach właśnie Trójki, lecz są to raczej wypadki lub kataklizmy, typu powódź, sepsa lub jakiś mega śmiertelny wypadek luz zderzenie. O muzyce niestety jeszcze na łamach Trójki nie gadałem, ale KRRiTV mocno wspiera moją audycję w opolskiej rozgłośni. Tam gram sobie muzykę z wosków i jest git. Robię to co lubię, a co do Radia Rewers zapewne z miłą chęcią, ale doba musiała, by mieć co najmniej z 48 godzin.


Wiem już kto będzie gościł na kolejnej 7’’, ale wielu ludzi nie wie i z tego powodu nie może pewnie spać. Jak możesz to robić swoim fanom i trzymać takie dobre wiadomości na ostatnią chwilę?


No teraz mogę już oficjalnie powiedzieć, że na kolejnej siódemce będzie mój stary kumpel Wildchild z nadwornym DJ’em Romes’em. Joint aktualnie skończony, zaczyna się projekt okładki. Zapewne do tłoczni trafi dopiero w sierpniu – lipiec jest miesiącem mega wakacyjnym. Singiel będzie nazywał się „Black Opps Mission” i będzie klasycznym singlem, gdzie po równo dograł się Romes, Jack i ja niekoniecznie wysiliłem się z bitem (śmiech). Będzie mega, zobaczycie.


A co z kolejnymi 7’’ – masz już zaplanowaną całą serię, czy tylko kilka najbliższych numerków? Jest jakiś temat przewodni, czy to po prostu zwykły zbiór kawałków?


No już na tej siódemce szykujemy opcje typu bonus bit. Raczej nie chcemy narzucać jakiejś koncepcji raperom, a to dlatego, że nie mieliśmy nawet czasu, by pomyśleć o koncepcie. Padła decyzja, robimy siedem siódemek i poszło! Kolejni goście są w planach. Na pewno trzecia siódemka powinna być mega, mega, mega – ale nie zapeszajmy. W planach fajni goście, których w Polsce nie było jeszcze.


I tylko hip-hopowi goście, czy może szykujesz coś specjalnego z innego gatunku?


Nie, ale mam paru niezłych graczy na oku. Na razie seria siódemek będzie raczej rapowa, być może jakiś soulman się nagra przy okazji innego projektu.


Kończąc już temat 7’’ i ogólnie całej serii to: czy jest pomysł, aby wszystkie single zebrać na sam koniec i wydać na jednym wspólnym LP? No i pytanie, które zapewne gnębi wielu młodszych kolekcjonerów – czemu aż tak wysoka cena za 7’’?


Jeśli ktoś wie, jaki patent ogarnęli Jazz Liberatorz to na pewno już domyśla się, co będzie, gdy wyjdzie ostatnia siódemka z serii – ale to na razie mała tajemnica. A dlaczego tak wysoka cena? Powiem tak – zdaje sobie sprawę, że jak na siódemkę to o kilka złotych za dużo, ale jest kolorowa okładka, jest Guilty Simpson – to prawie dwa i pół tysiąca euro. Poza tym sklepy narzucają własną marżę i do tego jakoś te płyty trzeba wysłać. Poczta też nie należy do najtańszych, stąd taka cena. Słuchaczy prosimy o wyrozumiałość, nikt tutaj nie chce na nikim zarabiać!


Przejdźmy do kolejnego wątku – Twojej współpracy z panem o pseudonimie Declaime – co się dzieję z tą kolaboracją? Płyta początkowo miała być 23 stycznia, następnie termin przełożono na połowę 2009 – jest lipiec i płyty wciąż nie ma. Jak mamy to rozumieć? Czy ten projekt się w ogóle ukaże? Jeśli tak to kiedy i czy ten długi okres oczekiwania zostanie jakoś wynagrodzony słuchaczom?

Hmm, no z Declaim’em to trudna sprawa. Płyta była już gotowa w maju ubiegłego roku, ale amerykańska część projektu zaczęła marudzić i marudzi do dziś! Jednak mam dobre wieści, termin 11.09 tego roku jest niezagrożony. Obecnie trwają pracę nad okładką! Szata graficzna będzie mega! Czy długi okres wyczekiwania zostanie wynagrodzony? Tego nie wiem, nie mnie to oceniać. Płyta będzie krótka, niecałe pół godziny bodajże, ale kawałki są tłuste. Mimo, że mają już kilkanaście miesięcy, na mocy nie straciły. Tyle powiem teraz, spotkajmy się we wrześniu to zdradzę wiele ciekawszych wątków tego nadal tajemniczego wydawnictwa. Aha, dodam że płytę „oskreczował” Haem i gościnnie pojawi się także Georgia Ann Muldrow, podśpiewuje sobie niekiedy.


Nagrywasz płytę z raperem takim jak Declaime, na której podśpiewuje sobie Georgia Ann Muldrow i… nie myślałeś nigdy o tym, by wydać w Stones Throw? Czyżby fałszywa skromność?


No wiesz, nie mam jakiegoś szczególnego ciśnienia na Stones Throw. Poza tym pamięta, że coraz więcej ludzi ucieka od PB Wolf’a (śmiech). Declaime’a z Georgią już tam nie ma, Wildchild też ostatni LP wydał już gdzie indziej – może nie warto tam uderzać? (Śmiech), a tak na poważnie, nie mam ciśnienia na to, jeśli tak by wyszło to fajnie, ale nie zabiegam o to. To co robię lub robimy jest OK. Dla mnie wystarczające jest to, że np. taki Thomas z HHV.de pisze do mnie o kolejne płyty, bo schodzą jak ciepłe bułki. Poza tym z wydawcami bywa różnie, pamiętaj o tym. Jeśli wydajesz sam lub z przyjaciółmi, którzy mieszkają dwie ulice dalej to inna bajka, nie ma ciśnienia.


Widziałeś się w ogóle z Declaime’m podczas pracy nad płytą, czy całość była robiona przez Internet? Jak w ogóle doszło do tej współpracy i czy to prawda, że Twojemu koledze zdarzało się „gwiazdorzyć”?


Z Dudley’em nie widziałem się wcale. Wszystko zaczęło się od maila, potem pozostała już droga telefoniczna oraz Internetowa, i jakoś staraliśmy się kontaktować, a z tym bywało różnie. Pytasz, czy gwiazdorzył? Myślę, że bardziej wydziwiał! O tym później, niech płyta wyjdzie to kiedyś opowiem, jakie z Dudley’em były przeboje.


Z tego co mówisz można wnioskować, że współpraca między wami raczej zakończy się na jednym materiale? Czy może jednak masz zamiar ją kontynuować mimo tego, że Dudley „wydziwia”?


Tego nie wiem. Myślę, że na razie odpoczniemy od siebie, chociaż z drugiej strony miło jest posłuchać jak Declaime rapuje. Facet ma niezłą charyzmę na mikrofonie, ja go mogę słuchać. „Illmindmuzik” i „Andsoitsaid” nie schodzi z patefonu.


A czy Dudley porównywał Ciebie do Mabliba? Wiadomo, przez pewien okres miałeś właśnie taką etykietkę – czy jest to jeszcze aktywne, czy raczej ludzie dali już sobie spokój z takimi szufladkami?


Nie, nie – nic takiego nie mówił. A czy pojawiają się jakieś porównania? Coś tam jeszcze się pojawi, ale w sumie dziś mi to nie przeszkadza. Reasumując – mam to w głębokim poważaniu, czytaj w dupie. Wydaje mi się, że od lat robię swoje i jest mi z tym dobrze, a to, że mówią, że jestem marną kopią Madliba…. Trudno, co zrobić? Przy”Antidotum” to się napinałem niepotrzebnie.


Ale nie ukrywasz, że Madlib, a w szczególności jego muzyka jest dla Ciebie ogromną inspiracją?


Była! Od dłuższego czasu bardziej cieszą mnie produkcje Michaela Jacksona, czyli Oh No, Kankicka i od kilku dni Ras’a G. No i zawsze w pamięci pozostanie James Yancey (RIP).


OK – ile sztuk liczy Twoja kolekcja płyt? Jacy artyści, gatunki w niej dominują? Czy ostatnio zakupiłeś jakieś ciekawe pozycje, co ostatnio oprócz Dudleya lata u Ciebie w mieszkaniu z winylka?


No na pewno Mayer Hawthorne – zarówno serducho, jak również „Maybe So, Maybe No”. Na pewno dużo funku, tego takiego bardziej rare. Uwielbiam wytwórnie takie jak Souljazz Records, czy Jazzman – wydają takie kompilacje, że głowa odpada. Cały czas tłucze new orleans funk, miami funk, Texas, carolina funk, funky 16 corner – to mega, mega, mega kompilacje. Do tego BGP Records i ich kompilacje. A do diggowania to ostatnio dużo europejskiego jazzu – jakieś Węgry, Czesi i Rosjanie; zależy od dnia. Kolekcja skromna – kilkaset płyt, ale każdy zakup przemyślany. Nie mam nic kupionego na siłę do powiększenia kolekcji, typu 10 płyt kolęd zaśpiewanych po flamandzku. No fuckin way!


I czyżby Mayer był tym soulman’em o którym mówiłeś, że chciałbyś nim nagrać przy okazji innego projektu?


Maybe so, maybe no (śmiech). A tak na poważnie, to gościu jest niezły, ale biorąc pod uwagę, że facet ma teraz branie, jest znany i lubiany – myślę, że kwestia wynagrodzenia dla niego może wielokrotnie przewyższyć średnią krajową.


Jakieś słowo na zakończenie? Specjalny przekaz dla wszystkich czytających ten wywiad?


Kupujcie polskie rap płyty, kupujcie woski, kupujcie mp3 – whatever! Wspierajcie polską rap branżę i czekajcie na kolejne siódemki z serii, następna już we wrześniu!


GUILTY SIMPSON

Czy Detroit to rzeczywiście opuszczone budynki i zrujnowane fabryki? To inspirujący krajobraz dla rapera?


Guilty Simpson: Niektóre części miasta tak wyglądają.. Tak, to bardzo inspirujące widzieć ludzi zmagających się z przeciwnościami. To wzbudza pokorę.


Powiedziałeś "rap shit saved my life". Jak ważna jest muzyka dla młodzieży z dużych miast USA?


To dla nich ucieczka. Coś, czego mogą być częścią, głos reprezentujący to, co widzą i czym żyją. Muzyka jest bardzo ważna, to sposób wyjścia z getta.


Czy "it's kinda dangerous to be an MC"? Pamiętając o Proofie, Pacu i innych zamordowanych, czujesz się bezpieczny. Czy to nie rap wzmaga przemoc?


Żadne życie nie powoduje przemocy. Rodzina Jennifer Hudson została zamordowana, Steve McNair (footballista) został zabity przez swoją dziewczynę, Arturro Gati'ego (boksera) zabiła prawdopodobnie własna żona.. Myślę, że kiedy jesteś postrzegany jako zamożna osoba, stajesz się celem różnych sytuacji, tych dobrych, jak i złych. To nie dotyczy tylko rapu.. Rap po prostu czasami staje się obiektem czarnego PR. Mimo wszystko, skłamałbym mówiąc, że nie jest to ryzykowne zajęcie.


Jak wygląda typowy dzień z Twojego życia?


Zapalenie trochę dobrego g***na, studio, objechanie miasta, znowu palenie i powrót do domu do pisania. Żyję hiphopem na codzień. Trochę czasu poświęcam na oglądanie sportu, jestem prawdziwym kibicem.


Jakie są twoje inspiracje muzyczne? Guilty Simpson słucha soulu? Pamiętasz pierwsze nagranie rapowe, które kupiłeś?


Tak, uwielbiam soul, zwłaszcza oldschoolowe r&b z lat 70, Isley Brothers, Maze, Stevie Wonder, James Brown, takie rzeczy... Nie słucham zbyt wiele rapu. Pierwszą płytą jaką kupiłem było coś od Fat Boys jak sądzę.. Było na niej "In Jail". Jeśli to nie była pierwsza, to na pewno jedna z pierwszych.


Mówiąc o hiphopie - kto jako pierwszy zaznaczył Detroit na mapie?


Był to Awesome Dre. Pierwszym artysta z Detroit, którego potrafię sobie przypomnieć. Pierwszy z dużym kontraktem, o którym ludzie mówili.


Jesteś łączony z takimi reprezentantami Detroit, jak Jay Dee, SV, a ostatnio Black Milk, a jaki jest twój stosunek do stylu prezentowanego przez Eshama, czy Insane Clown Posse?


Myślę, że mają swoją misję i ją spełniają. I Esham, i ICP mają swoich lojalnych zwolenników wierzących w ich muzykę. No i reprezentują Detroit, nie mogę być za to zły, prawda? Szanuję ich wszystkich.


Widzisz siebie w mainstreamie rapującego na bitach The Runness z T-Painem w refrenie? Możliwe jest dzisiaj pogodzenie bezkompromisowości z sukcesem komercyjnym?


Wyobrażam sobie może jakiś featuring. Nie zniweczyłbym takiej szansy, choć to nie dla mnie.. The Runners i T-Pain mają talent. Dla mnie to labele zabijają kreatywność. Myślę, że powodzenie w mainstreamie jest możliwe, o ile pole gry będzie na odpowiednim poziomie.


Ostatnio nagrałeś numer z polskim bitmejkerem - Metro. Jak do tego doszło i jak opisałbyś tę współpracę? W jaki sposób w ogóle decydujesz, z kim współpracować? Czy Guilty Simpson jest gotów położyć swój wokal na jakimkolwiek dobrym bicie?


To surowy hiphop, czyli to, czego gra potrzebuje. Wysłał (Metro - przyp. red.) mi maila z prośbą o featuring, uzgodniliśmy warunki i wysłał mi bit.. Było w porządku. To jego kawałek, nie mój. Jeśli producent wysyła mi numer, do którego mam się dograć, pracujemy na moich warunkach. Jeśli wysyła mi bit, który ma się znaleźć na moim projekcie, robimy to na jego warunkach.. Wszystko się sprawdza. Producent musi robić kawałki, które prezentują jego własny styl, a nie tracki brzmiące jak podróbki producentów, z którymi już pracowałem.


Masz za sobą setki kolaboracji. Która jest twoją ulubioną i z jakiego powodu?


"For the D" z Ericiem Lau, dlatego że brzmi bardziej jak wspólne nagranie, a nie featuring.


A czy istnieje ktoś, z kim jeszcze nie pracowałeś, a byłbyś gotów zapłacić, by do tego doszło?


Kool G Rap, Scarface, Devin The Dude, DOOM...


Jak postrzegasz rolę Internetu w dzisiejszym przemyśle muzycznym? Zabija go, czy pozwala dotrzeć do szerszej publiczności?


Osobiście uważam, że obecnie zabija. Mówię to jednak, opierając się wyłącznie na sprzedaży.. Z drugiej strony, gdyby nie sieć, nie jestem pewny, czy moja muzyka dotarłaby do tych wszystkich uszu, do których dociera obecnie. Internet jest jak trunek - jest spoko, jeśli używany z rozwagą.


Kiedy ukaże się album Random Axe? Czy Black Milk jest jedynym zaangażowanym w projekt producentem? Co nowego Random Axe wniesie do hip hopu?


Później w tym roku, jak sądzę w ostatnim kwartale. Tak, Black jest jedynym producentem. To będzie projekt grupy trzech artystów, z których każdy prowadzi solową karierę. Nie raperów z potencjałem i setkami mixtape'ów, ale raperów z albumami na koncie i przyzwoitymi karierami przed i po ukończeniu projektu.


Czy pomysł projektu "OJ Simpson" jest nadal aktualny?


"OJ Simpson" jest ukończony i w tym momencie jest w miksie.. Usłyszycie mnie jak nieposkromiony lecę na produkcjach Madliba. Niezbyt dużo konceptów, raczej surowe wersy.. Ale też nie same punchline'y, w tych linijkach jest prawdziwy przekaz. Gościnnie SAS i Elzhi.


Wielu ludzi postrzega Cię jako najlepszego rapera w Stones Throw. Zgodziłbyś sięz takim stwierdzeniem?


Cóż, nie zaprzeczyłbym, ale nie mówię, że nie ma tam (w ST) talentów. Jestem pewny swego i mogę być najlepszy w KAŻDYM LABELU.


Jak myślisz, co pozostawisz po sobie, odchodząc?


To, że robiłem muzykę po swojemu.. i robiłem to wszystko dla Detroit.


Jakieś znaki, że polscy fani zobaczą cię tu na koncercie?

Chciałbym wpaść tam ponownie.. (Guilty pomylił nas z Czechami?) Jeśli mógłbym skontaktować się z poważnym organizatorem, jutro byłbym w drodze!!


DJ TWISTER

W jaki sposób dostałeś się do wielkiej trójki o której ostatnio mówi cała winylowa polska? Jesteś zadowolony z tej kolaboracji? Jaka była Twoja pierwsza reakcja, gdy się dowiedziałeś, że będziesz robił cuty do numeru, gdzie rapuję Guilty? Za co najbardziej cenisz muzykę Maćka?


DJ Twister: Zadzwonił do mnie Metro i zapytał, czy nie nagrałbym skreczy do jego numeru z Guilty Simpsonem. Powiedziałem, że chętnie i tak to się zaczęło. Muzyka Maćka jest wykręcona i ma ciekawy, charakterystyczny styl.


Czym poza nowym „Banger On The Breaks”, graniem imprez i pracą w radiu się aktualnie zajmujesz? Czy masz w planach jakieś nowe mixy, występy na specjalnych imprezach,niecodzienne projekty? Czy planujesz w te wakacje wyjechać gdziekolwiek w celach wyłącznie wypoczynkowych?


Oprócz tych rzeczy, które wymieniłeś w pytaniu sporo czasu poświęcam na robienie remiksów i editów, których nie zamierzam wydawać bo chcę grać w setach takie wersje kawałków, których nikt nie ma. Aktualnie dogrywam też skrecze na debiutancki album Grubsona i cuty i skrecze dla ziomów z P.M.M. Zaczynam też nagrywać mikstejp o roboczym tytule „Bike Mix” z moją ulubioną muzą do jazdy rowerem. W wakacje mam trochę mniej imprez więc więcej czasu mogę poświęcić na działalność pozaimprezową. Oprócz tego raz w tygodniu prowadzę warsztaty z dzieciakami upośledzonymi umysłowo (puszczamy muze z gramofonów)... no i obowiązkowo sporo się relaksuję.


Twoje pierwsze mixy były bardzo dobre. Czy jako weterana nie razi Cię to, że wiele osób promuje się w sieci mix’ami słabymi, niedopracowanymi – w większości robionymi przy pomocy komputera, a nie gramofonów i winyli? Jaki jest Twój stosunek do formatu mp3 i do wykorzystywania go w pracy DJ’a? Czy grasz wyłącznie z winyli, czy może zdarza Ci się puszczać na imprezach pliki mp3?


Kiedy nagrywałem moje pierwsze mikstejpy było normą, że raczej nagrywało się miksy na żywo. Teraz technologie komputerowe pozwalają na takie działanie, w którym ogranicza człowieka tylko wyobrażnia. Nie jestem jakimś winylowym ortodoksem, dla mnie ulubionym dj'em mikstejpowym jest Dj Revolution a słychać wyraźnie, że wspomaga się komputerem. Trudno byłoby nagrać całą sekwencję skreczy i cutów na żywo, bez użycia komputera (śmiem twierdzić, że byłoby to niemożliwe). Oczywiście żaden cyfrowy efekt nie zastąpi dobrych skreczy czy beat juglingu. Co do mp3, to czasem wyobrażam sobie, jak wyglądałby świat, gdyby nie byłoby technicznych możliwości przesyłania muzyki przez internet (za darmo). Prawdopodobnie wyglądałoby to tak, jak jakieś 10 lat temu, czyli kozacko dla dobrych muzykow, którzy mogliby spokojnie poświęcać się twórczości wiedząc, że ich muza sprzeda się tak, że będą mogli z tego żyć. Teraz to wygląda różnie. Nie jestem wrogiem formatu Mp3, jestem wrogiem źle skompresowanych i przez to źle brzmiących mp3. Dziwię się, że ludzie bezkrytycznie podchodzą do spadku jakości atakujących ich z intrnetu plików muzycznych. Od około 2 lat gram imprezy i przeróżne sety wykorzystując Serato, ale znaczna większość plików jakie mam w komputerze to bezstratne aif'y zgrane z winyli/cd.


Co z „Banger On The Breaks” – czy cały nakład został sprzedany? Na dzień dzisiejszy jesteś zadowolony z jego odbioru przez publikę i krytyków? Czy kolejna część „Banger On The Breaks” także ukaże się na winylku, i kiedy dokładnie możemy się jej spodziewać?


Z nakładu 1000 szt zostało mi ok. 200 z czego 50 zostawie sobie na pamiątkę. Biorąc pod uwagę drastyczny spadek sprzedaży winyli na świecie jestem zadowolony z tej liczby. Żywię nadzieję, że po ukazaniu się BOTB vol.2 reszta wolnych winyli rozejdzie się i będzie miejsce na następne produkcje. Właśnie dotarła do mnie przesyłka z czeskiej tłoczni więc w sklepach winyle powinny pojawić się w ciągu kilku dni / tygodni.


Wiem, że „Banger On The Breaks” trafiło także do sklepów poza Polską – jak wygląda odbiór tej płyty na świecie? Czy dużo osób się do Ciebie odzywa z poza kraju w związku z tym woskiem? Kolejne projekty także planujesz puszczać poza granicę naszego kraju?


Ogólnie nie jest łatwo z dotarciem do sklepow i sprzedażą winyli na większą skalę. Jak na razie najwięcej sprzedałem do sklepów w Anglii – ok 350 szt, do Stanów 200, Niemczech 100 i Polski ok. 150. Gdybym liczył tylko na rynek polski to biorąc pod uwagę to, że ten materiał skierowany jest głównie do dj'ów imprezowych kupujących winyle, to byłoby to kompletnie nieopłacalne. Jeśli chodzi o odbiór BOTB za granicą to dostałem sporo miłych maili od ludzi z różnych części świata. Naciskają mnie też z Junodownload, bym zgodził się na umieszczenie tych miksów w formie mp3 do ściągania za kasę z ich strony, ale zważywszy na nielegalną ich zawartość raczej nie zgodzę się na to. Druga część moich blendów również przeznaczona jest głównie na rynek zagraniczny.


Powiedz mi – ile sztuk liczy mniej więcej Twoja kolekcja płyt winylowych, i jakie gatunki w niej dominują? Jakie są Twoje ulubione płyty? Czy w ostatnim czasie zakupiłeś coś wyjątkowo ciekawego, wartego polecenia? Czy jest jakaś płyta, o której nigdy nie zapomnisz i która nigdy Ci się nie znudzi?


Mam ok. 2000 winyli z gatunku hip hop, funk, disco, r&b i mniej więcej 500 takich których nigdy nie grałem na imprezach (jazz, rock itd.) przeznaczonych do słuchania w domu. Ostatnio zakupiłem kilka funkowych składaków min. kompilacje Dyke & The Blazers i Rufusa Thomasa. Jedną z moich ulubionych płyt, która nigdy mi się nie znudzi jest RJD2 – Since We Last Spoke i ostatnio katuję Pendulum – In Silico.


Jaki jest Twój stosunek do szczecińskiej sceny? Identyfikujesz się z nią, jesteś z niej dumny? Czy uważasz, że można mówić o takim zjawisku jak rap szczeciński (biorąc pod uwagę specyficzność stylu, a nie sam fakt, iż nagrania pochodzą akurat z tego miasta)? Czy myślisz, że rap ze Szczecina ma szansę na to, aby go „pokochała” cała Polska? Kogo najbardziej cenisz, jeżeli chodzi o rap ze Szczecina, kogo powinniśmy obserwować? Czy w najbliższym czasie szykują się jakieś specjalne projekty z tego miasta?



Szczerze mówiąc nie czuję się jakoś związany ze „sceną szczecińską”, głównie dlatego, jestem dj'em lubię różną muzykę i moja działalność zahacza nie tylko o hip-hopowe klimaty. Współpracuję tu praktycznie od zawsze z kilkoma osobami których klimat mi odpowiada min.: Łoną, Webberem, Rymkiem. Projektantami, P.M.M., Spółdzielnią, ale oprócz tego z wieloma twórcami z całej Polski i czuję się raczej członkiem „sceny polskiej” (jeśli można tak to nazwać). Jeśli chodzi o szczeciński rap myślę, że jest dość zróżnicowany, nie ma jakiejś jednej fali no i wydaje mi się dość wyluzowany, bez spinki czy dołujących faz. Nie ma jakichś podziałów, kłótni i niezależnie od tego jaki pomysł na rap mają poszczególni twórcy, praktycznie wszyscy się znają i szanują.


Czy na kolejnych 7’’ z Queen Size Records także pojawią się Twoje cuty?


Nie wiem na razie nic na ten temat.


Co sądzisz o sytuacji polskiego winyla? Czy kupujesz wszystkie płyty, które wychodzą w kraju nad Wisłą? Gdybyś miał możliwość wybrania jednego artysty, któremu mógłbyś wydać wosk, kto by nim był?


Wydawanie winyli w tym czasie, szczególnie w Polsce to ekstremalnie niszowa sprawa, zajawka niewielu osób. Wszystkich płyt jakie wychodzą nie kupuję a dużą większość z tych które mam dostałem w formie promówek. Zaznaczę tu, że kupowałem i kupuję winyle nie ze względu na ich kolekcjonerski charakter czy jakiś fetysz, ale głównie dlatego, że pozwalają na zajebistą manipulację dźwiękiem no i dlatego, że muzyka na nich wytłoczona ma kozacką charakterystykę brzmienia.


Jak wiadomo, pracujesz w radiu – co najbardziej Ciebie fascynuję w tym zawodzie? Czy gdybyś miał możliwość zmiany stacji, zrobiłbyś to? Do jakiej stacji najchętniej, byś się przeniósł i czemu akurat tak?


Trudno to nazwać pracą czy zawodem, bo mam jedną godzinną audycję tygodniowo. Raczej jest to takie miłe urozmaicenie mojej muzycznej działalności. Fascynuje mnie w tym możliwość prezentowanie muzyki wielu osobom w różnych miejscach mojego miasta, Polski a nawet świata. O zmianie stacji nie myślałem, w szczecin.fm jest klawo, dużo znajomych no i profil tej rozgłośni mi odpowiada. Jeśli ktoś ma ochotę słuchać naszych audycji (prowadzę je z Jackiem a.k.a. Rymkiem) to mam nadzieję, że rodzaj rozgłośni nie ma na to wpływu.


Czego możemy się spodziewać po „Bangers On The Breaks Vol. 2”? Czy będzie to materiał stylistycznie podobny do pierwszej części, czy może planujesz pójść w zupełnie inne klimaty? Czy koncept pozostaję ten sam, co przy pierwszej części?


Klimat będzie zbliżony do tego z poprzedniej płyty bo chciałem by ta mini seria była zbliżona brzmieniowo. Hip hopowe i dancehallowe wokale na funkowych breakach i bitach. Koncepcja zostaje ta sama. Stricte dj'ski imprezowy projekt.


Jednym z Twoich najbardziej znanych numerów jest kawałek „A Ja Sobie Gram Na Gramofonie” z repertuaru Mieczysława Fogga. Jak trafiłeś na ten wyjątkowy projekt, i co sądzisz o takich akcjach? Co Ci najbardziej imponuję w tym artyście? Czy jest to Twój ulubiony, polski muzyk?


Dużo wcześniej przed tym projektem, jakieś 3 lata temu zrobiłem spontanicznie blend Fogga z riddimem Coolie Dance. Remiks stał się popularny i po jakimś czasie zgłosili się do mnie ludzie z Fogg Records by zaproponować mi zrobienie innej wersji tego kawałka na skaładankę Cafe Fogg. Remiks utworu „A Ja Sobie Gram Na Gramofonie” zrobiłem głównie ze względu na tekst, który mimo iż jest przedwojenny idealnie pasuje do dzisiejszych czasów no i traktuje o płycie winylowej. Czego chcieć więcej?



Jesteś bardzo zajętym człowiekiem – czy masz w ogóle czas na odpoczynek?



Różnie z tym bywa, są takie tygodnie, kiedy padam ze zmęczenia, kiedy indziej mam sporo czasu na relaks.



Ostatnie słowo dla wszystkich czytających ten wywiad.


Pozdrooooooo, kupujcie winyle!




Część informacji, jak widać, już się trochę zdeaktualizowała, ale.. Liczymy, że jeśli przeczytacie taki kawał tekstu, to czegoś ciekawego się dowiecie.

No i pozdrawiamy Łukasza 3345! Zrobił mistrzowe wywiady z Metrem i Twisterem, co nie?

17 września 2009

Przaśnik - Get Bambaataa!/Swingalong


Artysta: Przaśnik
Tytuł: Get Bambaataa!/Swingalong
Format: singiel (7''), 45 RPM
Rok wydania: 2009
Wytwórnia: Funky Mamas And Papas
Gatunek: Broken Beat/Nu Jazz

Strona A
Get Bambaataa!

Strona B
Swingalong


Tego w Polsce jeszcze nie było! Pierwsza na naszym rodzinnym rynku tak trudna do zaszufladkowania produkcja. Panowie Bontone i En2ak postarali się o to aby ich debiut na nośniku winylowym (pomijając remix Skalpela wydany w Nina Tune) przeszedl głośnym echem po Polsce. Oba utwory są gorącymi parkietowymi potworami, potworami które na pewno nie przypadną do gustu „szerokim karkom” czy „diamond princess”. Osobiście bardziej w ucho wpadła mi strona B ale przy obu utworach chetnie wytupuje nóżką rytm. Tak o to opisują swe dzieła sami twórcy:

„Get Bambaataa!” is based on Afrika Bambaataa’s vocals from 1990 hit „Get Up And Dance”. We have kept the rhythm aesthetics of the early 90’s era, while the melodic line is nothing but a piece of energetic jazz-funk. The tune is built mainly on synthesizer sounds and various sample banks, which is unusual for us, as we do a lot of crate digging and sampling old vinyls while producing our stuff. The track is done without needless clutching up. Hedonistic and unpretentious banger.


The foundation of „Swingalong” is a groovy sample from some old, unidentified, soviet 7” vinyl with blurred label. „Jazz Ensamble Lenigrada” is the only thing we have managed to decode. The tune is a swinging banger, based on brokenbeat rhythm with a latin element. It is crafty cut, club oriented and reinterpreted by Wrocław-based duo Przasnik. Pure dancefloor-jazz bomb!

Teraz może zajmijmy się wytwórnią która to wydała. FMAP to dziecko chłopców z JuNouMi, jakże zasłużonych dla Polskiego rynku winylowego. W tej chwili FMAP wydało 5 siedmiocalowych płyt. Uważam że Groh ze spółką podjeli duze ryzyko wydając te 5 płyt gdyż ludzi słuchających Funku (jak to jest w przypadki Papa Zury) czy Nu Jazzu jest u nas jak na lekarstwo. Mogę zdradzić iż kolejne siedmiocalowe cacka już są w przygotowaniu.



16 września 2009

Mandalay - Flowers Bloom



Wykonawca: Mandalay
Tytuł: Flowers Bloom
Format: singiel (12''), 33 RPM
Wytwórnia: V2
Gatunek: Drum'n'Bass

Strona A:
1. Flowers Bloom (12" mix)
2. Flowers Bloom (dub)
Strona B:
1. Flowers Bloom (secret lover remix)
2. Flowers Bloom (original version)


Cóż znaczy Mandalay? Dla niektórych to wielkie miasto w Birmie, dla innych zaś brytyjski duet reprezentujący scenę trip-hop i drum'n'bass w drugiej połowie lat '90. Mandalay tworzył były członek pamiętnego składu Thieves, Saul Freeman, wraz z Nicolą Hitchcock. Pozwólcie jednak, że nim zacznę opisywać sam singiel wyjaśnię jak dowiedziałem się o nim i wszedłem w jego posiadanie.

Był czas, kiedy w moim rodzinnym mieście istniała wspaniała knajpa o apetycznie brzmiącej nazwie "Piekarnia". Można powiedzieć, że gust muzyczny bywalców tejże był wielce różnorodny i wyszukany, co owocowało genialnymi imprezami w rytmie drum'n'bass, jungle, reggae, dub czy hip-hop. Było to na początku lat 90-tych, także nie zostawaliśmy w tyle w stosunku do UK. Z racji faktu, że internet dopiero raczkował, dostęp do płyt był ciężki, a co za tym idzie - każdą nową płytę sprawdzało się bardzo dogłębnie. Co to wszystko ma wspólnego z Mandalay? Otóż, imprezy te odbywały się zwykle w soboty - i w soboty także w latach '90 na antenie RMF FM (!) bardzo późną nocą (o ile pamiętam to od 1 do 5 rano) była nadawana audycja zwana Technikum Mechanizacji Muzyki. Prowadziło ją wówczas dwóch gości, niestety ksywek nie pamiętam, co nie zmienia faktu, że można było się od nich wiele nauczyć o muzyce elektronicznej. Imprezy piekarniane trwały zwykle do białego rana, co bardzo kolidowało z możliwością słuchania audycji. Wobec powyższego, ja, w każdy sobotni wieczór ustawiałem sobie sprtynie skonfigurowany sprzęt muzyczny (dwa magnetofony podłączone do timera) i rejestrowałem całą audycję taśmach. Potem niedziela upływała mi na edukacji muzycznej.
Jednej z tych sobotnich nocy panowie z TTM puścili kawałek Mandalay - Flowers Bloom, nie zdradzając kto był jego wykonawcą. Od tamtej pory pozostał on jednym z moich ulubionych kawałków gatunku; i nim nadeszła era Internetu, ostro zajeżdżałem kasetę z jego kopią nie wiedząc nawet kto to jest. Wraz z przybyciem Google wpisałem tam fragment tekstu śpiewanego przez Nicolę i w ten banalny sposób udało mi się dotrzeć do nazwy wykonawcy i kawałka. Nie zastanawiając się długo kupiłem także wosk na e-bay'u. Dobra, dość hostorii - czas recenzować.

Jest kilka wydań tego singla, mój posiada w zasadzie cztery różne wersje utworu . Na stronie A mamy dwa remixy autorstwa Alex'a Reece'a, którego bardzo cenię za wiele dzieł, zwłaszcza Street Player. Niestety tutaj w swoich remixach nie wybił się ponad przyzwoicie skonstruowany drum'n'bass z klasycznymi bębnami i charakterystycznym dla tego gatunku rytmem. Co gorsza, oba jego remixy nie różnią się od siebie specjalnie. Znacznie lepiej wypadli panowie z PFM (Progressive Future Music) w swoim, również drum'n'bassowym remixie, jednak bardziej delikatnym i pływającym, podjeżdżającym nieco pod LTJ Bukema (co nie dziwi, mając w świadomości, że mieli wiele wspólnego z Good Looking Records). Dochodzimy wreszcie do sedna sprawy - czyli wersji oryginalnej utworu, która moim skromnym zdaniem zamiata wszystkie remixy. Niesamowicie zmysłowy i seksowny tekst, podobnie zresztą głos Nicoli; cudownie pocięte sample okraszone przemiłymi loopami perkusyjnymi, głęboki bas i akustyczna gitara w tle. Wszystko to składa się na niesamowity chill-out'owy klimat w jaki wprowadza mnie ten utwór ilekroć go słucham.

Na koniec powiem, że singiel ten charakterem dość znacznie odbiega od pozostałych utwórów Mandalay, które są bardziej trip-hopowe, ale (niestety dla mnie) nie w tak ciężki sposób jak Massive Attack czy Portishead; momentami jest wręcz za czysto i słodko. Jako ciekawostkę dodam, że Mandalay długo pozostawał ulubionym zespołem Madonny, która włożyła dość sporo wysiłku w jego promowanie.